Recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w Gazecie Festiwalowej na Poznaniu Poetów 2011

 



 



Buch.
Kopyt zhardział[1].



 



Sami
się o to prosiliśmy, więc mamy.



Po
całych latach, przepuszczonych przez palce jałowych dyskusji o literaturze i
kulturze.



Po
prze-długaśnych wiekach w czasie których, szkolnictwo wyższe [!], średnie i
niższe obchodziło się z materią literatury jak z ogromną porcją szpinaku,
serwowanego w głębokim talerzu rzeszom niechętnego narybku.



Po
epokach, przez które rzeczony niechętny narybek, aż do śnięcia żył w
przekonaniu, że tekst pisany to świetna opcja na dłuższy pobyt w toalecie i nic
więcej... przyszedł Kopyt.



 



A właściwie wyrósł jak wrzód, po X edycji Ogólnopolskiego
Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina (2004). Jeśli jednak ‘wrzód’ może
kiedykolwiek oznaczać zjawisko pozytywne, to jest właśnie ten moment. Zaczęło
się niewinnie. Dobrze przyjęty debiut ([yass],
Tygiel Kultury, Łódź, (2005)), trochę dyskusji o indywidualizmie twórczym, o
nieszablonowej formie tekstów, ale bez skandalu. Później było już tylko lepiej,
tomik [yass]/możesz czuć się bezpiecznie,
(Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2006)),
piejący z zachwytu Karol Maliszewski, szybko a płynnie rosnące zainteresowanie
młodym poetą, tomik sale sale sale, (Wielkopolska
Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2009))z trzema
zdaniami Siwczyka na okładce, intensywne polemiki z których wynikło
nieoczekiwanie, że twórca jest pyskaty i ma raczej w dupie układanie się ze
stronami oceniającymi. W międzyczasie Szczepan Kopyt ujawnia się jako muzyk,
copywriter, redaktor portalu poetyckiego. Kilka dni temu z przekory stwierdza
jednak o sobie: Ani muzyk, ani poeta, ani
redaktor, ani copywriter, ani ziomek z dzielni, ani fan teorii, ani buddysta,
ani ateista, ani komunista, ani anarchista, ani absolwent, ani wolny najmita.

Kim więc jest w rzeczywistości? Po zapoznaniu się z wszelkimi możliwymi
źródłami, włączając w to samego zainteresowanego, odpowiedź (będąca
jednocześnie odświeżoną notką biograficzną) mogłaby wyglądać tak:



 



Szczepan
Kopyt
, (ur. 1983 we
Wrocławiu) – polski poeta i muzyk (m.in. basista zespołu Yazzbot Mazut). Twórca
bezczelnie pewny siebie, kwiecista tkanka wytworzona przez monstrualny organizm
współczesności, zwracająca się teraz przeciw żywicielowi. Pokazowy anarchista,
szpanerski palacz zieleni, zbuntowany wykształciuch. Filozof kultury masowej.
Na fali będąc nie lubi być na niej. Bezwątpliwie mesjasz intelektualnych
licealistów. Yo.



 



Taka regułka ze względu na dysfunkcje
gramatyczne i brak jakichkolwiek znamion oficjalności nie znajdzie się w
podręcznikach do polskiego, ale niech chociaż posłuży jako klucz do
rozgryzienia nowego tomu  Wrocławio-Poznaniaka.
Książeczki o jakże ultymatywnym tytule buch.



 



O c[i]ałokształcie[2] poezji
Kopyta można powiedzieć wiele rzeczy, które już zostały powiedziane. Opisać
problematykę jego tekstów, która w swojej istocie jest już tak widoczna i
nachalna, że nie wymaga dodatkowych komentarzy. O czym więc pisać nie trzeba?



O tym, że tematyka tekstów oscyluje, jak
zawsze w obrębie anty: masowym, popowym, prawnym, systemowym[3]. Oraz
w obrębie pro: anarchistycznym, muzycznym, offowym, luzackim. Nie trzeba też
wspominać o wyśmienitych szaradach językowych (racja żywieniowa opiera się na boczku), podchodach semantycznych
(cały tekst Niezrozumiłości),
nawiązaniowej zabawie w berka (tytuł Why
does my heart feel so bad
). O tym, że wiersze Kopyta są, jak zawsze nabite ‘linkami’,
które nie tylko ukazują ogromną erudycję artysty, ale też, funkcjonując jako
kontekstowy background do samej poezji, pozwalają na całościowy ogląd filozofii
życiowej Kopyta- na zrozumienie i przejęcie choć na chwilę jego percepcji
rzeczywistości. Nie trzeba już też powtarzać się w kwestii koncentracji znaczeń
i symboli. Oczywistym jest, że teksty poeto-muzyka są gęste, mięsiste, barwne
(zarówno w warstwie językowej, jak i merytorycznej) i ze wszech miar
atrakcyjne, co nie oznacza jednak, że są łatwe. Wiadomo też, że są rytmiczne,
że każdy z nich mógłby zostać zaśpiewany lub za-melo-recytowany, (choć sam
autor kategorycznie oświadcza, że nie
chce aby teksty zginęły pod naporem muzy)
. Nie pozwoliwszy się dalej prowadzić
temu jałowemu dyskursowi apofatycznemu, należy wreszcie uwydatnić to, o czym
napisać trzeba.



 



     A
napisać trzeba o dwóch sprawach. Jednej srodze subiektywnej i drugiej, cwanie
niejawnej. Subiektywne są zawsze oczekiwania w stosunku do tekstu, który ma
zostać przyswojony. W duszy odbiorcy pojawiają się cichutkie echa, błagalne
szepty ‘książko podaruj mi olśnienie’. ‘Buch’u, podaruj mi odrobinę
niewyświechtanej[4]
liryczności i kilka celnych metafor, które poruszą mnie do głębi i sprawią, że
czytanie cię, Buch’u, będzie miało
sens!’ Wybitny francuski narratolog nazwiskiem Greimas, w swojej książce
zatytułowanej O niedoskonałości (tłum.
A. Grzegorczyk, Wyd. Naukowe UAM,



Poznań 1993), opowiada o fenomenie guizzo- zjawiska polegającego na nagłym,
chwilowym i niepowtarzalnym olśnieniu czytanym dziełem. Według niego, w czasie guizzo czytelnik dotyka istoty tekstu,
przez moment czuje go i rozumie bez żadnych wątpliwości i szperania w przypisach.
Ten szczególny moment przyrównywany jest przez badacza do nagłego wyskoczenia z
wody małej, lśniącej rybki i natychmiastowego jej wpadnięcia na powrót pod
powierzchnię.



 



Takie nagłe poczucie niemal intymnego związku
z tekstem, o wiele bardziej prawdopodobne jest podczas lektury pierwszych
tomików Kopyta. Liryczność wydaje się być w nich bezwiedna, uczucia prawdziwe,
a miłość post-modernistyczna i wieczna. Im późniejsze wydawnictwo, tym wolniej
bije serce tekstu, żeby w najświeższym zbiorze niemal stanąć. Podkreślić
trzeba, że Kopyt nie pisze i nigdy nie pisał poezji przesadnie afektacyjnej. Jednak
mimo, że specyficzna uczuciowość podmiotu lirycznego nie bywała gwoździem
programu, to jednak zdawała się być cichą melodią w tle, dzięki której
czytelnik wiedział, że może czuć się
bezpiecznie
.



Buch! I nie można czuć się bezpiecznie, bo Kopyt zhardział.
Można za to sycić się do woli karkołomnymi, a mimo to perfekcyjnie
skonstruowanymi metaforami, których niemała ilość szczęśliwie zachowana została
od debiutu poety, aż po dzień dzisiejszy.



Pozostaje więc jeszcze element ukryty
(skitrany, jak powiedziałby artysta), którym okazuje się [pozorna?] niespójność
estetyczna tekstów w najnowszym tomie. Zjawisko to jest niemal niezauważalne po
pierwszym przeczytaniu, przy kolejnych jednak okazuje się stopniowo ujawniać. Chodzi
tu o bezustanne przenoszenie punktów ciężkości w wierszach. Raz najważniejsze
są w nich metafory, innym razem układ graficzny, zbliżający Kopyta do nurtu
neolingwizmu, jeszcze dalej są zabawy słowne, wiersz, który składa się z dwóch
swoich lustrzanych odbić, wiersze stylowo smutne, a potem stylowo buntownicze…
Sam poeta tłumaczy tę fascynującą różnorodność tak: być może jest to właśnie niekonsekwencja w myśl maksymy "ciągle
zdradzam - w tym szczególnie pozostaję sobie wierny". Myślę w różny sposób
i piszę różnorako - w tej metodzie nie ma szaleństwa, ani kalkulacji. W ogóle
piszę raczej intuicyjnie, być może dziesiątki nieudanych wierszy mogłyby jakoś
lepiej wskazać na metodę, w myśl jakiej powołuję te, dla mnie, udane wiersze do
obiegu. […] Wiersz jest miejscem eksperymentu na żywej mowie i jej znaczeniach,
do której ta, dla ludzi i przez ludzi, się odnosi: czy sprawia to wrażenie
merytoryczności, dowcipu, eksperymentu lingwistycznego, czy też może
sprowokować odbiorcę do wytworzenia sobie jeszcze innej szufladki, jest to
sprawa dla mnie nieistotna - byleby i mnie na dłużej zatrzymał.



Można pozwolić sobie zatem na następujący
wniosek, że po raz kolejny poczochrana poezja młodego literata obroniła się i okazała
się warta zauważenia i docenienia. Szczepan zhardział, więc jeśli artyści są
barometrem rzeczywistości w której się znajdują, strach się bać, bo system
podkopuje fundamenty całego świata [sic!], ale tomik jest niezły, więc co z
tego.



 



Do tomiku dołączona jest płyta. Też niezła.

 



    



 



    













[1] zhardziały «taki, który
zhardział». http://sjp.pwn.pl/slownik/2545973/     [sic!]







[2] Tekst jest materią,
materia tekstu jest żywa, żywa materia to ciało, ze wszystkimi jego zaułkami,
fascynującymi zaletami i pasjonującymi niedostatkami, poezja to ciało.







[3] Dlatego też został nazwany
wrzodem. Jest nieprzyjemny, bo mówi prawdę. Frunąc w pelerynie łopoczących
literek, podwiewany, unoszony wiatrem misji, nie boi się zamknąć oczu na
słoneczko dobrobytu.







[4] Jeśli chodzi o unikanie ‘świechtania’,
jestem spokojna, Kopyt nigdy nie ‘świechtał’, nie ‘świechta’ i nie będzie
najprawdopodobniej ‘świechtać’. Uf.




Szczepan Kopyt, Buch

Książka z serii Wielkopolska Biblioteka Poezji nr 023, Muzyka: Szczepan Kopyt, Piotr Kowalski, format 14 × 14 cm, 48 stron, oprawa miękka ze skrzydełkami, 1 płyta CD, rok wydania 2011





Komentarze: