Knoty w liczbie pojedynczej




Można recenzję napisać w taki sposób, żeby czytelnik do samego końca
nie miał pewności, czy recenzent jest ‘na tak’, czy zdecydowanie ‘na nie’ w
sprawie opisywanego dzieła. Można też pisać jasno i czytelnie, nie siląc się na
najmniejsze owijanie w bawełnę. Druga sytuacja ma miejsce najczęściej wtedy,
kiedy dzieło jest koszmarnie słabe, a recenzent gotów jest zrezygnować z
kwiecistego stylu tylko po to, żeby ostrzec i uchronić niedoszłych i
potencjalnych czytelników przed zetknięciem się z omawianym gniotem. Można
powiedzieć, że taka recenzja powstaje w służbie ludzkości. Dla dobra ogółu i
przyszłych pokoleń.



 



Tomasz Majzel napisał książkę.
Nie wiadomo, w jakich okolicznościach rozegrała się ta tragedia, ale jedno jest
pewne: ten tomik nie powinien był nigdy powstać. Może nagle w pokoju autora
zjawił się zamaskowany osobnik z ogromnym, nabitym pistoletem i zmusił nieszczęśnika
do rodzenia w bólach miernej prozy, a może stało się coś jeszcze bardziej
dramatycznego… w każdym razie trudno uwierzyć, że ‘Opowiadania w liczbie
pojedynczej’ dostąpiły łaski wydawniczej.



 



Po pierwsze: budowa tomiku. Książeczka składa się z różnorodnej
zbieraniny mikro-opowiadań, kilku wierszy, kawałków tekstu, które trudno przypasować
do jednego gatunku, oraz świetnego posłowia Anny Kapuścińskiej, bijącego klasą,
wyrafinowaniem i lekkością zawartość ‘Opowiadań…’ na głowę. Wydaje się, że z
założenia miał to być nonszalancki collage celnych sentencji, które stanowić
miały jądro dłuższych wypowiedzi. Nie dość jednak długich, by stać się esejami
i zdecydowanie zbyt obszernych, by mogły zostać nazwane aforyzmami. W tej
książce, w nieszczęśliwych węzłach stylistycznych łączy się wszystko:
poetyckość z wulgarnością, banał z przerysowaną metaforą, górnolotny styl
pisania z nieudolnie fabrykowaną grypserą wiejskich penerków. Nie jestem
przekonana, czy z takiej zupy ma prawo wyjść w ogóle coś jadalnego, natomiast w
tym konkretnym przypadku przemieszanie, rozchełstanie, wieczne niedokończenie i
niespodziewane przeskoki merytoryczne i stylistyczne, zaburzające odbiór tekstu,
przyprawiają o mdłości.



 



Po drugie: tematyka. Bardzo trudno mi zrozumieć, jaki cel
przyświecał artyście w pisaniu ‘Opowiadań…’. Jakikolwiek by on jednak nie był,
do opasłej biblioteki książek ‘typowo polskich’ [czyli smutnych, szarych w
swoim kolorycie, a niekiedy okraszonych jakimś małym samobójstwem, albo jeszcze
bardziej po polsku: śmiercią z przepicia] dołączyła teraz następna, też zbędna.
Majzel pisze o beznadziei, powolnej stagnacji emocjonalnej i intelektualnej. O duchowym
utknięciu w koszmarnym, nudnym, pustym życiu. O problemach egzystencjalnych
polskiej wsi, o zbiorowej świadomości końca i o funkcjonowaniu w
rzeczywistości, której nie imają się żadne zmiany. Ta apatia sączy się ze stron
opowiadań jak trucizna. Z każdym następnym akapitem czytelnik coraz bardziej daje
się przekonać, że ludzie są głupi, infantylni, śmieszni i że cokolwiek zrobią,
nie będzie to miało żadnego sensu i znaczenia. Nie próbuję nawet liczyć tego
typu narracji, obecnych już w literaturze, ale niewykluczone, że siedemset
i  pięćdziesiąt prób temu depresyjne
tematy umazane gnojówką, pomieszaną ze łzami już się wyczerpały i każde kolejne
podejście to nietakt i cios w inteligencję czytelnika. Szczęśliwie nie noszę
paska w spodniach, a kuchenny piecyk jest elektryczny.



 



Po trzecie: język/formułowanie myśli. Gdyby ogłoszono plebiscyt na
najbardziej niefortunne wyrażenia [‘duże, nadzwyczaj duże i delikatne…’] i
chybione, wydumane puenty [‘reszty nie trzeba’, ‘dzisiaj bez modlitwy’], Majzel
miałby murowane miejsce na podium. Gdyby ogłoszono jeszcze dogrywkę w kategorii
‘kicz i banał’, autor mógłby ze spokojem stanąć w szranki z Paulo Coelho. W
tych tekstach jest coś drażniącego. Tak samo irytującego jak u autora ’11
minut’, którego dzieła od dawna już funkcjonują w postaci czytadeł z
zatłuszczonymi kartkami, pożyczanymi sobie przez sterane bolesną
rzeczywistością kury domowe. Nie osiągam nirwany przez czytanie durnych
opowiastek Brazylijczyka i nie nawracam się, brnąc w hiperbolicznie
emocjonalne, starannie wyłuskane z wszelkich znamion subtelności dialogi ‘o
życiu’, toczące się mozolnie między ojcem i synem, czy sąsiadami. Ktoś, kto
pisze takie rzeczy, jest niewątpliwie wrażliwy i niewątpliwie nie powinien
zapisywać swoich spostrzeżeń saute, bo tym samym daje świadectwo swojego
nieudolnego warsztatu. Nawet [a może w szczególności!] wzruszenie i czułość,
czyli emocje czyste i czytelne, trzeba umieć ubrać w niebanalny przyodziewek
języka.



 



Dowalając tej książce, dowalam
też sobie, bo lubię obserwować i podsłuchiwać takich ludzi, jakich opisuje
Majzel. Tak samo wzruszają mnie abstrakcyjne cielska wiejskich bab i przygnębiają
skwaśniałe, szarobordowe, zapite twarze i niedomyte ręce. Ale jednak, opisując
ich w tak uproszczony i wkurzająco oczywisty sposób, autor przekracza pewną
granicę. Obdziera prowincjonalny ludek z mistycznego sacrum tęsknego uroku.
Okazuje im zrozumienie, ale jednocześnie przekuwa ich życie w porozrywany,
niedopracowany, słaby tekst. Rzeczywistość na kartach tej książki nie jest
zjawiskowa. Każde zdanie boleśnie tworzy ją od nowa, wykoślawia, paskudzi, tnie
na kawałki. Obraz traci spójność, głębię i wiarygodność. Staje się tępym
landszaftem, kupowanym za dychę na pchlim targu. Ludzie w kształtach
podstawowych brył kryją się gdzieś, na obrzeżach płótna, czekając na deszcz
literatury.



 



 



Tomasz Majzel



‘Opowiadania w liczbie
pojedynczej’



Wyd. Forma, Szczecin, Bezrzecze 2011

Komentarze:

22.10.2011, 17:42 :: 83.168.72.99
ZW
Recenzja trochę - w moim odczuciu - tendencyjna i niepotrzebnie sarkastyczna, co odziera ją z wszelkiego obiektywizmu w moich oczach. Książkę znam i po przeczytaniu żałowałem, że już się skończyła. Dla mnie jest rewelacyjna.