Jonasz

 



Dla
wszystkich moich
 współ-



Jonaszów.



 



Jonasz



 



Parking. Przestrzeń zaczyna się pomiędzy
szlabanami. Jest jak tunel z deseniem martwych gałęzi na suficie. Jest o wiele
za późno, żeby jakiekolwiek auto miało jeszcze na nim stać. Puste, dwuwymiarowe
pudełeczka miejsc mienią się białością pośpiesznych farbianych mazów. Białe
linie dźwięczą przez mrok. Środkiem ciągnie się chodniczek z wieloodcieniowej
szarości, poznaczony sznytami po bieżnikach, które lubieżnie wtapiały swoje
gorące, okrężne ciała w nagrzany setką lipców asfalt. Na zewnątrz, ale już na
terenie. Na zewnątrz tego dziwnego wewnątrz. Przedsionek, oglądany czarną gałką
oczną, podwieszoną na rogu budynku. Ona widzi rozmazane hektolitry mgły i
jaskrawe, papuzie plamy koloru, kiedy jakieś auto przekracza granicę.



 



Nacisnąć klamkę. Złotawa przez wyślizgane
pieszczoty kilkuset dłoni, brunatna w zagłębieniach. Popatrzeć w oczy
miniaturowej głowie meduzy, wyrytej u nasady. Uchwyt gięty jak ciało kobiety,
jak nie-zakończone plecy w jedną stronę i tułów z Modiglianiego w drugą.
Schodki z nagrobnego lastriko. Ale droga jest jedna, trzeba dać się złapać w
niespokojny, rozedrgany chłód klatki schodowej, żeby dojść do właściwego
wejścia. Portier jak brodata ryba w podświetlonym akwarium. Zwraca ku
wchodzącym swoje nieprzytomne, przydymione oczy, a kiedy widzi, że nikt nic od
niego nie chce, powraca z ulgą do obserwacji. Z minuty na minutę, coraz głębiej
tonie w swoim katatonicznym świecie, w którym istnieje tylko on i maniakalnie
przez niego obserwowany ekran, który maniakalnie obserwuje pusty parking, gdzie
przestrzeń zaczyna się między szlabanami i jest jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie.



 



Dyrektor
Znaniecki prosi o przeniesienie rzeczy z pokoju 59 do pokoju 31.
Skrępowane wyrazy niepewnie kulają się między
wargami, zatrzymują się kilka centymetrów od twarzy, tłamszone przez głuchą
ciszę gmachu.



Korytarze są dwa. Jeden prowadzi prosto, aż do
mety ze świecących punktowo automatów, z puszącymi się batonami, pewnymi swojej
nietykalności i butelkami, poddańczo kłaniającymi kapsle w stronę wylotu. Drugi
prowadzi w lewo. Jeśli przechodzić nim powoli, można doznać łaski małych
świetlówek na specjalne okazje. Ich największym świętem jest wyuzdany w swojej
luksusowości, bordowy plusz. Oświetlają go czule, a on pręży swoją miękką
sierść pod ich wzrokiem. Co dzień krwista tkanina pokrywana jest mozaiką
zadrukowanych papierów, różnych formatów i wagi. Ktoś musi wtedy otworzyć witrynę
i bezlitośnie zakupunkturować plusz.



 



Iść prosto. Dotykając ścian bełkotliwych, jak późne
płótna późnego Moneta. Nawet w najważniejszym miejscu, tam gdzie unosi się
subtelny zapach drogich, drewnianych mebli z sekretariatu, mury są obiecująco
pokancerowane. Beżowo-żółtawe, z zaciekami jak plamy wątrobowe. Kuszące tymi
niewidzialnymi odciskami dłoni, które zostawił tu ktoś, kto szedł przez ten
katatoniczny świat, gdzie pusty parking między szlabanami, jak tunel z deseniem
martwych gałęzi na suficie, gdzie schody jak nagrobki, a w witrynach ciężki
plusz o kolorze lepkim i ciepłym.



Koniec korytarza to brudne okno. Jest tablicą
ogłoszeń dla nieświadomych kochanków. Pokryte odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski, jedne mieszają się z drugimi i może się kiedyś okazać, że ktoś ma z
kimś wspólną rękę, szczęśliwie stworzoną z wizerunku linii papilarnych kciuka i
palca serdecznego jednego człowieka i środkowego i kawałka przegubu drugiego.
Opierał się o szybę trzymając jednorazową kawę w fioletowym kubeczku, nerwowo
miętoszonym w samym centrum pracującej soboty.



 



Pokój 59, paniczny zaduch sprzętów
rozrzuconych, jak ofiary okrutnej bitwy. Fragmenty komputerów rozkładające się.
Na brudnej podłodze. Rozkładające swe wdzięki. Na widoku przychodzących. Dwa z
nich są czujne, jeszcze żywe, jednookie. Zanim zapali się światło, łapią w
obcisłą sieć spojrzeń generowanych przez zielonkawe diody źrenic.



 



Przejść z 59 do 31, nie budząc nic, co akurat
gdzieś tu, w okolicy może spać. W jelicie kolejnego korytarza znajdują się
neonowe polipy ze smutnym blaskiem ogromnego napisu cisza, a także regularne narośle czujek przeciwpożarowych. Dwa
nowotwory zegarowe. Jeden atakuje spojówki podróżujących karminem liczb i
zdesperowanym punktem zapalnym, pulsującym zaciekle, by pokazać, że już na
zawsze jest się spóźnionym. Drugi wielki i dworcowy. W bezpulsowej ciszy nocnej
co minutę generuje ciche pyknięcie. Pyk, zrezygnowany dźwięk pękającej skorupki
jajka. Pyk, jest się już o minutę bliżej.



Dystrybutor wody, której świeża materia
zamknięta w ramy walca zawsze drży. Zawsze drży. Więc jednak jest tu jakiś
cichy puls. Dyskretne istnienie. Mini-tsunami. Trzęsienie wody. Wpatrywać się
hipnotycznie. To ciekawsze niż parking, który jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie, prowadzi do prostokątnego słoja z brodatą rybą, która
twierdzi, że ta przestrzeń między szlabanami jest ciekawsza niż cokolwiek
innego w obu światach razem wziętych: zewnętrznym i wewnętrznym.



 



Twarze pokojów o numerach 25, 26, 27, 28, 29,
jak portrety umarłych królów, oświetlone tylko słabo połyskującymi dzwonami
lamp zwisających z sufitu. Gilotyna do papieru. Gilotyna tnie bezruch i gwałci
ciszę strawionego dnia. Kończy cios uderzeniem, biegnącym hałaśliwym sprintem
po ścianach i po twarzach kolejnych władców. Nagle materializuje się Olczakowa.



Chciałam
tylko zobaczyć kto to.. a… to tylko pani… długo pani pracuje.



Pani
też.



Uśmiech, jakby śmiały się do siebie dwa
reflektory. Jasno i pusto. Olczakowa znika nagle, bez dźwięku, bez poruszenia
powietrza. Wchłonięta w ten wewnętrzny kosmos martwoty.



Pracownicy do późna siedzą w swoich
klaustrofobicznych klitkach, obstawieni ekranami, które zdobywają za nich cały
świat. Skuleni za laptopami, zasłonięci skorupami drukarek. Istnieją tylko jako
kliknięcie przycisku wyślij-odbierz w
programie pocztowym. Wysyłają, odbierają, wysyłają, odbierają. Otoczeni
zapachami, które biorą się znikąd. W ciągu dnia owiewają ich delikatne
przeciągi, jak muśnięcia czyichś opuszków palców. Jest tu ktoś?  Milczenie
dudni, jak burzowe chmury upchnięte w najgłębszą rurę świata, prowadzącą do
jądra ziemi. Telefoniczne linie wewnętrzne jak cienkie niebieskawe żyły,
biegnące we wszystkich kierunkach tego zimnego, stuletniego organizmu.
Autonomiczna telefonia, żeby nikt nie wiedział o rozmowach, że w ogóle mają
miejsce, że łamią ze świstem ‘sz’, ‘cz’ i ‘ś’ święty spokój, spokój uświęcony
późną godziną.



Zatrzymać dłoń nad słuchawką. Nie dzwonić do
Michała, zakutego w stożek lśnienia lampki biurowej, gdzieś na najwyższej wieży.
Na pewno jest, ale nie dzwonić. Sztywne wnętrzności budynku spijają teraz projekcje
jego mięsistego intelektu. Pewnie mówi do siebie, bezustannie podsłuchiwany
przez dyskretne EKG przeciągów i testowany przez kolejkę górską zmiennych
temperatur. Patrząc od zewnątrz, da się sprawdzić, czy ma światło w swoim
naczynku. Ale nie da się obliczyć, które to okno, wśród szpaleru innych, migoczących
wiecznie rzęsistym zdziwieniem szyb. Gdyby został wchłonięty, strawiony powoli
w całości i już nigdy miał nie opuścić 404, nikt by się nawet o tym nie dowiedział.



 



31. Surowy stół skomponowany z symfonii
zadziorów i drzazg. Szereg sklejkowych szaf, uparcie broniących dostępu do
swoich trzewi. Jeśli podważyć je jakimkolwiek kluczem, prawie się otwierają,
ale to tylko moment słabości. Są niedostępne. Niezależnie gładkie, bezstronne,
jak zęby. Elementy ciała, które są ‘po prostu’. Nie wiją się w skurczach, nie
odsączają życiodajnych soków z masy przepływającej nieopodal. Są po prostu.



Uchylić drzwi do Sali Drabowicza. Całkiem
ciemno, ciemność rośnie w tej mikro-rzeczywistości, wypacza ją, przerasta,
deformuje. Ciemność, jak wielki implant, rozdziera powłokę realności. Jest monstrualna
i wybałuszona. Zapuszcza swoje smukłe ręce głęboko, najgłębiej jak umie. Jest
też chłodna i leniwa, wkłada podglądaczowi we włosy czarne róże i przymyka węglistymi
storami okna oczu. Jak syta kurtyzana, dumna, że mogła zaskoczyć i posiąść aż
do kości.



 



Wrócić korytarzem pod gablotami z bordo
pluszem, co pokłuty pinezkami płacze krwisto na blade policzki kartek A4. Iść
za światłem kładącym się na gumowym linoleum jak żółtawe zacieki niedojedzonego
jogurtu. Przejść nie budząc nic, co oddycha przez sen wprawiając w drżenie wodę
w dystrybutorze. Spojrzeć w prawo. Zwielokrotnione odbicie nosa i ust w szybie,
jak  tablica ogłoszeń dla nieświadomych
swojego istnienia kochanków. W szkle pokrytym odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski. Odciski rozmazują odciski. Odciski wypełniają odciski.



 



Znieść wielką nieobecność. Znieść wszelką
nieobecność. Znieść nachalną obecność kogoś. Powoli kończą się ubogie zasoby
skwaśniałego tlenu. Jest gęsto od pośpiechu. Zbierać szybko swoją przenośną
izolację, swoją samotność marki HP. To nie śpi.



 



Akwarium, w którym portier ciuła strzępki
powietrza w krzaczastą brodę. Na progu stoi młody klarnecista, na ścianie jak
haczyki, albo już złote rybki we własnych, śniętych osobach, wiszą klucze do
wszystkich serc i wątrób, do pary niesymetrycznych płuc z barierkami mającymi
zniechęcić samobójców, do mózgu na szczycie, czuwającego łaskawie nad całą
fizjologią korytarzy, piwnic, zejść i wyjść, przejść i przesmyków, gardeł i pomieszczeń
łapczywie chłonących każdy przejaw życia. Za oknem to, co na monitorze. Pasaż
między szlabanami. Ułamek trasy jednokierunkowej z ornamentami martwych gałęzi
na nocnym suficie styczniowego nieba.



 



Wyjść. Ciężkie kroki klarnecisty Sławka,
żłobiące leje w schodach żałobnych. W stopniach nagrobnych.



W
którą stronę idziesz?



W
stronę miasta.



Zarzuca na głowę czarny kaptur i stapia się z
ciemnością, która jak zaspokojona kochanka, wbija mu w głowę róże i puszcza
perskie oko, wytuszowanymi teatralnie rzęsami zmarzniętej, stalowej trawy.



Będąc wyplutym na brzeg, oblepionym śliną
intymnych szeptów, przewierconym obserwacją milionów szpiegujących atomów,
wydalonym, bez szans na recycling, jest się obcym ciałem, jak kłaczek z
wełnianej czapki na nieprzeniknionym białku stukolorowego oka. Jak moneta połknięta
przez dziecko.



Ciałem obcym, które nie ma już dokąd iść.



 



 



 



 



 



Wszystkie
miejsca i osoby istnieją naprawdę, a opisujące ich informacje są prawdziwe. Inaczej
po co byłoby o nich pisać?

Komentarze: