druga recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w eCzasie Kultury




Trzy światy trójtytułu, czyli Buch Szczepana Kopyta.



 



Wyzwolony, choć przecież nie do końca wolny, odkrywczy, ale zaledwie po
raz kolejny, nieprzystępny, ale tylko bez klucza. Buch i jest- nowy tomik.



Ta książka mogłaby się nie zdarzyć. Autor mógłby przecież uznać, że już
nic w poezji odkryć nie może [ choć nie wiadomo do końca, czy to właśnie
odkrywanie i przecieranie ścieżek jest głównym założeniem jego pisarstwa] i że
lepiej chyba zająć się prozą, albo krytyką, albo muzyką, albo czymkolwiek
innym, jak na multitalent przystało. Jednak Kopyt popełnił ten, całkiem dobry
zbiorek. Całkiem dobry, czyli nie genialny, ale raczej zjadliwy [jako
‘jadalny’, ale również jako ‘wyrażający niezadowolenie’]. Dlaczego tylko tyle?



 



Tytuł 1             Buch [das][1]-czyli ‘książka’.



 



Żyjemy w czasach, w których książka
nie jest już tylko książką. Dziś zmienia się ona raczej w zjawisko medialne,
dziwny twór, który wykracza daleko poza zwyczajowe ramy swojej dotychczasowej
formy. Można podążać za tą tendencją i ochoczo przyklaskiwać wszelkim szalonym
pomysłom wydawniczym, ale można też trzymać się konserwatywnej, sprawdzonej
przez stulecia postaci słowa pisanego. Kopyt, jako, że jest artystą ‘współczesnym’,
decyduje się oczywiście na pierwsze rozwiązanie. Jednym z zabiegów nadbudowanych
jest dołączenie do tomiku świetnej płyty współtworzonej z Piotrem Kowalskim
[ale o tym za chwilę], drugim natomiast jest skonstruowanie warstwy wizualnej
na sławnych znakach graficznych, rozpoznawalnych nawet bez stosownej adnotacji.[2]  Trzecim chwytem, zbliżającym [rzekomo!] poetę
do różnorodnej i kapryśnej materii kultury ogólnej, są pożyczki. Kopyt pożycza
tytuły, obiegowe powiedzonka, swoiste sformułowania, świetnie rozpoznawalne
przez większość użytkowników mowy potocznej, lecz mimo, że wplata je w swoje
teksty bardzo sprawnie, samo ich wykorzystanie nie wychodzi wierszom na dobre,
ponieważ tracą autentyczność [!]. Od czasu udanego debiutu, Szczepanowi
Kopytowi udało się wytworzyć własny język poetycki. Niebanalny, gustowny i
pociągający. Jest to system misternie dopracowany i każda próba wszczepienia weń
nawet najmniejszego ciała obcego, owocuje nadwątleniem precyzyjnej struktury
materii językowej, a tym samym rozproszeniem czytelnika i obniżeniem wartości
tekstu. Przykuć ponownie uwagę mają ‘zwroty do adresata’, czyli irytująca
maniera epistolarna, której namiętne użycie wieńczy wiersz o tytule Inwokacja [!]. Jako odbiorca mogę z całą
pewnością stwierdzić, że czuję się równie poruszona i wstrząśnięta tekstem
również wtedy, kiedy autor nie zwraca się do mnie w trybie rozkazującym.



 



 



Tytuł 2             Buch
[porcja dymu pobierana z tlącego się źródła. Najczęściej dotyczy skręta, ale
może też odnosić się do papierosa][3] – czyli wolność i
ideologia.



 



Świętym [a może
i najświętszym] prawem artysty, jest prawo do kreacji. A jeszcze świętszym niż
najświętsze, okazuje się być to prawo, właśnie dla poety. Kopyt z niego
skwapliwie korzysta. Próbując odwzorować papkowatą rzeczywistość postmoderny,
tworzy pstry, ponury świat. Oplata rzeczywistość swoim punktem widzenia,
umieszczonym zawsze wyżej i zawsze lepiej. A jednocześnie, mimo bardzo mocno
zarysowanej opozycji ‘ja vs. świat’, nie tworzy wierszy egoistycznych. Zdawać
by się mogło, że najważniejszym celem, przyświecającym młodemu poecie przy
realizacji tomiku, jest chęć podzielenia się swoją czarną wizją rzeczywistości.
Podmiot liryczny jest w jego tekstach kimś, na kształt [dość irytującego]
kapłana, który wytyka współlokatorom konsumpcyjnego świata wszystkie błędy [sam
przecież również je popełniając[4]].
Zatem tym razem młody poeta proponuje czytelnikowi wniknięcie w swój
mikrokosmos. W ‘swój świat równoległy’, stworzony na subiektywny obraz i
podobieństwo gigantycznego tygla XXI wieku, na którego podstawowe założenia autor
nie wyraża zgody. Dobrobyt zasługuje na karę. Jedyną formą bogactwa, której
przyklaskuje autor, jest zamożność li i jedynie intelektualna. Kopyt jest jak
guru na jasnej łące, której nie pokrywają cienie chmur składających się z ropy, dniówek i władzy. Gdybym
chciała się dalej czepiać, napisałabym, że bunt stał się wizytówką poety i że
właściwie… ‘o czym by on pisał, gdyby nie pisał o tym, że nie chce pisać i żyć
pod publiczkę [bo jest zbuntowany!]’. Gdybym dalej szukała dziury w całym,
wychwyciłabym pewnie też, że bunt, to prawdziwy konik Szczepana Kopyta. Konik,
albo nawet wierna, często odwiedzana rzeka, która nie chce go od lat opuścić,
albo raczej, to on nie ma najmniejszego zamiaru z niej wyjść. Jeślibym wierciła
jeszcze głębszą dziurę w poezji młodego poznaniaka, napisałabym pewnie, że
Kopyt ‘sadzi się’ na wszystkie zjawiska kultury popularnej, które akurat znajdują
się w zasięgu jego wzroku, [czy może lepiej, ‘pióra’], zdając sobie
jednocześnie sprawę z faktu swojego uczestnictwa w mainstreamowym wyścigu. ‘No sorry!’...



 



 



Tytuł 3             Buch
[jako onomatopeiczne odwzorowanie głuchego łoskotu i/lub sygnał dźwiękowy
świadczący o upadku, względnie powaleniu przeciwnika na łopatki].



 



 



Dziś wiem już na
pewno, że Szczepan Kopyt to piękny okaz w rezerwacie poezji współczesnej.
Charakteryzuje go jaskrawe umaszczenie ‘neologistyczne’, giętki język,
przeszywająca ironia i gra z wszelkimi znanymi i nieznanymi regułami semantyki.
Autor Buch’u/a jest tak prześmiewczy,
że sprawia wrażenie zamkniętego na wszelkie inne wartości, niż te, które zdaje
się wyznawać w swojej poezji od zawsze. Jest to jednak komplement, bo kto wie,
czy zjawisko ‘kopytyzmu’ byłoby bez tej dekoracyjnej, skrajnej postawy artysty
tak mocne i [przynajmniej w obrębie Wielkopolski] wszechobecne. Gdyby Kopyt nie
pisał po ‘kopytowemu’, jego wiersze [jako całość] kompletnie by się rozsypały. To
świeżość i niepokorność właśnie tworzą tę unikatową aurę wyluzowania i lekkiego,
studenckiego rozleniwienia, tak cenną w najnowszym, ale też we wszystkich
innych dziełach poety. Bez tej szczypty nonszalancji teksty w Buch’u byłyby przeciętne, wydumane i w
najlepszym razie poprawne.



Powracając do
wspomnianej już korespondencji sztuk... Płyta dołączona do tomiku, po kilku
przesłuchaniach okazuje się być gwoździem programu. Świetna muzycznie, oświetla
i rumieni wiersze, które zaskakująco dobrze wpasowują się w bycie tekstami
piosenek. Różnorodna i imponująca muzycznie, jak [miejscami oldskulowe],
wielokolorowe targowisko w najlepszym gatunku. Bardzo prawdopodobne, że bez tego
krążka tomik nie okazałby się aż tak udanym wydarzeniem kulturalnym.



Tekst, który
mnie powalił: Unio physica.



Obraz wielkiego
rozczarowania, czajenia się w, a może obok rzeczywistości, bez możliwości
wyczucia jej fundamentów, odnalezienia się w niej, zajęcia właściwego miejsca. Strach [faktycznie] trzyma nas za jaja. Ani Kopyt od niego nie ucieknie swoimi ‘yo’ i ‘ech’,
ani ja z moją zgryźliwą krytyką, niestety.













[1] [czyli:] Heft, Lektüre, Schinken, Schmöker , Titel. [w:]
http://pl.bab.la/slownik/niemiecki-polski/buch



 







[2] Mowa tu o
charakterystycznej czcionce sygnującej markę Coca-Cola, wykorzystanej na okładce, oraz o logo BP [British
Petrol], Shell i Nike
, w które opatrzone są strony tytułowe i płyta.







[3] Definicja autorki, ukuta
na potrzeby tekstu.







[4] On też jest naprodukowanym humanistą, bywa na fejsie i produkuje płyty. [z wierszy poety]





eCzas Kultury

Komentarze: