krytykakultury at ownlog '06

Dlaczego nigdy nie odbieram telefonu? [MORDOBICIE LITERACKIE II]


Link 20.06.2011 :: 20:41 Komentuj (0)

Dlaczego
nigdy nie odbieram telefonu?



 



Dla Marii Magdaleny.
Niech wie, nabzdyczona sarenka,
że do mnie się pisze, a nie telefonuje.



 



 



W
1876 Alexander Graham Bell , furkocząc połami mocno już niemodnego surduta,
biegł polną drogą wzbijając tumany kurzu. Co jakiś czas upadał bardzo boleśnie
na twarz, ponieważ dłonie, służące w takich sytuacjach do obrony przed nagłą
aplikacją żwirowej maseczki, miał zajęte dość ciężką, pokraczną maszynką, którą
zamierzał dostarczyć do urzędu patentowego jeszcze przed zmierzchem.



Z
drugiej strony, wywracając się co kilka minut o wystające korzenie, biegł przez
las Elisha Gray. Migoczące na powierzchni lipowych liści słońce oślepiało go i
rzucało tajemnicze błyski na identyczny, jak ten należący do Bella, sprzęt. Nie
spotkali się w kolejce do biura patentowego, jedynie dlatego, że Bell miał
dłuższe nogi. Więc to właśnie on zniszczył moje życie towarzyskie na długo
przed tym, zanim zdążyłam się urodzić.



 



Przyszłam
na świat w latach 80, więc miałam sporo czasu, żeby przyzwyczaić się do widoku
słuchawki, kręconego przewodu, który, przyznaję, przyjemnie nawija się na palec,
oraz okrągłej tarczy, wydającej charakterystyczny zwycięski zgrzyyyyt po
wybraniu odpowiedniej cyfry. 23 lata to również wystarczająco, żeby nie
wykonywać z nabożną trwogą znaku krzyża na widok telefonu przenośnego, zwanego
komórką; mimo, że w jego możliwościach połączenia abonenta z dowolnym miejscem
na świecie, tkwi jednak coś szatańskiego. A jednak nawet dziś, czyli w czasach
wzmożonego ‘bycia na fejsiku’ i ‘posiadania gadu’ [jakiego gada?, pyta moja
babcia.] nie potrafię się dostosować.



 



Po
pierwsze: mikrofon to kłamca. Miesiąc temu odbierałam jeszcze co rozpaczliwsze
telefony. Ich rozpaczliwość rozpoznawałam wtedy po namolnej częstotliwości
urywania i ponawiania prób połączenia, chyba tylko po to, żeby nieświadomy
abonent, powróciwszy z relaksującego spaceru zastał na wyświetlaczu
przerażającą informację: ‘masz 48 połączeń nieodebranych’ i panikując, oddzwonił,
ledwie mogąc utrzymać słuchawkę trzęsącymi się dłońmi. Z pewnością ktoś umarł,
przewrócił się i nie może wstać, albo, co gorsza, planuje wpaść z
niezapowiedzianą wizytą. Po uzyskaniu połączenia najczęściej słyszałam coś w
stylu ‘a, teraz to już nieważne’. Tak było do niedawna. Bliscy, czuli znajomi
mawiali czasem ‘wiesz, zupełnie inaczej brzmisz przez telefon, w życiu bym nie
powiedział/ała, że to ty’. Ostatnio koleżanka z uczelni, widać nie dość bliska,
żeby mnie oszczędzić, powiedziała: ‘zabawne, przez mikrofon brzmisz trochę jak
Myszka Miki’.



 



Po
drugie: lasy umierają. Wydawać by się mogło, że poza Elishem Grayem biegnącym
przez zagajnik, celem opatentowania swojego wynalazku, istnieje raczej nikły
związek pomiędzy przestrzenią zadrzewioną i telefonem. A wcale, że nie. Kiedy
wiem, że zachodzi potrzeba podjęcia rozmowy, kiedy jestem świadoma, że muszę,
niestety odebrać; prostuję plecy, unoszę głowę, strzelając wokoło wybałuszonymi
ze strachu oczami, żeby koniecznie sprawdzić, czy nikt tej mojej błazenady nie
widzi, a tym bardziej nie słyszy, unoszę mojego El-Dżi, ciężkiego w tym
momencie, jak słoń, naciskam zieloną słuchaweczkę i mówię: ‘ha-ha-halo?’…



Po
czym nagle opadam na pobliskie krzesło i zaczynam maniakalnie bazgrać po
wszystkim, co mi się nawinie pod długopis. Ileż umów, kwitów i niezapłaconych
rachunków za gaz pokryłam już histerycznymi czworobokami, nieistniejącymi
kwiatami i secesyjnymi zdobieniami o bliżej niesprecyzowanej treści… Każdy
zagryzmolony, ale przecież całkiem dobry jeszcze świstek, zdziwione, a może
nawet trochę przestraszone panie z dziekanatu, poczty i banku każą przepisywać.
Okrutne formalistki, nie przykułyby się do drzewa w Dolinie Rospudy, a lasy
giną!



 



Po
trzecie: telefon, to medium wymuszające. Najczęściej zmusza do podejmowania
szybkich decyzji, serwowania ciętych ripost, modulowania głosu i wypośrodkowania
natężenia śmiechu tak, żeby rozmówca usłyszał moją jednoznaczną, choć przecież
zawsze trochę naciąganą wesołość, ale jednocześnie, żeby nie sprowokować
publicznego linczu, w tramwaju nr 4, pełnym udręczonych i milczących z
dezaprobatą mieszczan. Ja jestem elokwentna, ale powoli. Dowcipna? Owszem, w
swoim tempie. Kiedy rozmówca zawiesza głos, a ciszę w słuchawce przecinają
tylko nasze oddechy, wiem, że to chyba moja kolej na wypowiedź. Jak w szachach,
tylko, że w tym przypadku, niestety, gra się na czas. Tylko po to, żeby nie
utracić płynności dialogu, która to płynność w telefonicznych pogaduszkach
okazuje się być, nie wiedzieć czemu, dobrem najwyższym, mówię przeważnie
‘noooo…, y.’, a potem klecę naprędce jakiś czerstwy dowcipas.



 



Po
czwarte: zgubiona tożsamość. Bo nigdy nie wiem, jaką masz minę, kiedy usiłuję
się sztywno wykręcić od telefonicznych zwierzeń. Jaki wyraz mają Twoje oczy,
kiedy mówię coś, od czego moje stają się wilgotne i czy nie gubisz się gdzieś w
tej przestrzeni niepoznanej, w szaleńczym pędzie impulsów, prujących przez
drut. Czy Ty, to na pewno Ty. Nie wiem tego, nie widzę, czy mówisz mi prawdę.
Dlatego ‘Blondyna, 23 lata, da fotki i namiar, ale dyskretnie. Tylko SMS
[,mała], tylko SMS’.



 



A
tak w ogóle, telefonu nie wynalazł ani Bell, ani Gray, tylko przystojny Włoch z
trzydniowym zarostem- Antonio Meucci, który chciał pogadać czasem zdalnie ze
swoją chorą połowicą. Nie opatentował jednak wynalazku, bo miał dziwne przeczucie,
że dokładnie 154 lata później, w odległej, zimnej Polsce może być z tego niezła
awantura.



 



 



 



Dlaczego nie czyta się niektórych ksiazek dwukrotnie


Link 20.06.2011 :: 20:43 Komentuj (0)

O czeskim pisarzu, kotach i syndromie PE,



czyli dlaczego nie czyta się niektórych
książek dwukrotnie.



 



Estragon:
Zmęczony jestem. (…) Idziemy.



Vladimir:
Nie można.



Estragon: Dlaczego?



Vladimir:
Czekamy na Godota.



Estragon: A,
racja.



       S. Beckett, Czekając na Godota.



 



 



[1. Pies i jeż]



Może trzeba było nie wracać. Może można było
w ostatniej chwili zawrócić. Odłożyć książkę na półkę, albo w ogóle, odesłać ją
tam, skąd przyszła. Nie otwierać koperty. Nie przyjąć przesyłki. Wpierać
listonoszowi do końca, że to nie moje nazwisko widnieje w miejscu odbiorcy, bo
‘a’ jest podejrzanie podobne do ‘e’, a ‘n’ przy bliższym poznaniu okazuje się
być stuprocentowym ‘u’. Jednak stało się inaczej. Podpisałam wyrok w formie
pokwitowania i zrobiłam coś, czego robić nie wolno. Przeczytałam drugi raz
książkę, która kilka lat wcześniej mną wstrząsnęła.



 



Sprawdzić, czy jestem sama. Tak tak, na pewno
w domu nie ma nikogo więcej. W kuchni rosną cicho zioła: tymianek, dwie bazylie
[trzecia w donicy na balkonie, żółknie, nie wiedzieć czemu], pietruszka,
lubczyk, melisa, rozmaryn [jest jeszcze mięta, też na balkonie, rośnie jakby chciała
posiąść całą kamienicę, przecznicę, dzielnicę…]. Czy na pewno nikogo nie ma? W
pustym mieszkaniu głos brzmi głupio, jednak trzeba to sprawdzić, ‘Ela?...
Jakub?...’. Żadnej Eli, ani tym bardziej Jakuba. Herbata, łóżko, czytanie multi-wariantowe,
naprzemienne jak u Calvino. Obok mnie moja głupiutka kocia satelitka. Głupiutko
myje swoim małym, głupiutkim języczkiem, swoją tycią głupiutką, białą łapeczkę.
Patrzę na nią kątem oka i  s t a r a m  się mieć pewność, że nie umie czytać w
myślach. Każde słowo w tej książce miało wybrzmiewać jak przedłużony grom.

Przynajmniej tak było ostatnim razem, z
tego co pamiętam.



 



Wykonać głęboki wdech, zwęzić oczy jak przed
ciosem w twarz, zacisnąć palce na sztywnych okładkach. Mówić sobie w kółko, że
znam już tę historię, a poza tym to tylko fikcja, a poza tym zawsze mogę
przerwać, a poza tym można też, w razie czego, czytać tylko fragmenty.



 



[2.PE]



Szkoda, że nie powstała [jeszcze] żadna
solidna praca naukowa o rozwoju wrażliwości czytelniczej. Nie można w tej
dziedzinie obserwować samego siebie, bo prędzej czy później dochodzi się do
wniosku, że obserwator był subiektywny, zbyt namolny, za często przebywał z
przedmiotem swoich obserwacji, ingerował w przebieg testu, chachmęcił w
wynikach i że generalnie, nic z tego nie będzie. Nie można też obserwować
innych, bo co kogo obchodzą odczucia bliźniego przy poszczególnych lekturach. W
zawodowym czytelnictwie obowiązuje zasada PE-
Piekielnego Egoizmu, czyli: ‘dyskusja polega na tym, że ja mówię, a potem ty
mówisz, a ja idę do domu’.



Więc ‘jak to w końcu jest’? Szczęśliwie,
odwieczna aporia tego pytania zdaje się chwilowo rozwiewać, gdy wiadomo, że
istnieją tylko [a może aż] dwa rozwiązania problemu. Albo czytam coraz więcej,
więc wiem coraz więcej, więc czuję coraz mniej, albo czytam coraz więcej, więc
przyswajam [na zasadzie jakiejś pokrętnej empatii] uczucia dotąd mi nieznane,
czyli czuję więcej niż do tej pory. Z resztą duga opcja i tak w końcu
przemienia się w pierwszą. Wiedza i oczytanie czytelnika wzmacnia jedynie wiarę
w wiedzę i oczytanie czytelnika. I zabija czytelnictwo emocjonalne. Nic więcej.
Cały arsenał westchnień, idiotycznych i idiomatycznych min, zmieniających co
akapit wyraz twarzy odbiorcy, cały zestaw poślinień palców przy przewracaniu
stron i zjazdów okularów po różnokształtnych zboczach nosa jest już niemodny. Nie
chrząka się już, nie parska, nie łka, rzęsiście miażdżąc łzami chrzęszczący
papier powieści, rozpuszczając spersonalizowaną solą spod powiek farbę
drukarską. Nie drze się już kartek, nie podkreśla fragmentów, nie wycina zdań i
nie podrzuca się ich pod drzwi wybranka/wybranki z intencją: ‘zobacz, tak
właśnie o tobie ładnie myślę’.



Dziś czyta się wyniośle i subtelnie zarazem. Żadna
książka nie jest już codziennym towarzyszem, lecz kamiennym kapłanem, którego
papierowa szata nie powinna raczej nosić śladów jakiegokolwiek użytkowania, o
odciskach palców trzymających uprzednio czekoladę, czy okręgach po przeciekającym
kubku z kawą nie wspominając. Dziś czyta się oficjalnie. Celebruje się
powściągliwie przygodę z książką. Bez mrugnięcia okiem, płynie się gładko przez
historię młodzieńca mordującego staruszkę, bez przyspieszonego oddechu przyswaja
się scenę wybijania krat okiennych przez ogromnego Indianina. Tętno
współczesnego intelektualisty nie ma prawa wzrastać skokowo ani nad zapiskami
Humberta, ani tym bardziej przy rozbijaniu worka pełnego kotów, o pień drzewa.



Więc ja pieprzę taki intelektualizm.



 



[3. Znowu pies i jeż]



Zatem na pewno nikogo nie ma w domu. Jestem
gotowa na wszystko ze strony/stron powieści i jeszcze więcej z mojej własnej
strony. Już nic nie odbierze mi tego, być może jednego z ostatnich momentów,
kiedy pod wpływem przebieganych wzrokiem słów ulatnia się ze mnie całe
napięcie. Gwałtownie, katartycznie, wraz z wilgocią w nosie i coraz bardziej
niewidocznymi przez łzy literami, swobodnie wychodzi ze mnie cały stres, cały
ból i upokorzenie, które zbierałam dziś jak młode kwiatki rumianku o [nie ukrywam]
bardzo gorzkim zapachu [wredna pani w płacach, baby z dziekanatu, facetka ‘na’[*] kasie
w Rossmannie, która nie dbając o realną groźbę linczu kolejkujących gospodyń
domowych r o z k a z u j e  mi szukać
jakichś tam czterdziestu-ośmiu-i-pół grosza]. To wszystko zostało za drzwiami. Chińskich ziół ciągnione treści zdążyły
już nieco wystygnąć, są gotowe do akompaniowania zaschniętemu od nadmiaru
wrażeń gardłu. Powoli się ściemnia. To dobrze. Zmierzch tworzy intymny kokonik
wokół czytającego i jego książki, będę jeszcze mocniej odczuwać tę kocią
śmierć. Całą tę historię kotów, które mdlały ze szczęścia pod dotykiem dłoni
bohatera. Potem ta sama dłoń je uśmierca, tak tak, dobrze to pamiętam. Bardzo
dramatyczne, rozdzierające wręcz [tak sobie mówię]. Straszne. Upiorna
ambiwalencja miłości. Mam nadzieję, że dziś ta historia szokuje mnie bardziej
niż wtedy, w końcu jestem posiadaczką kotki dopiero od roku. Trochę coś jest
nie tak, ale jestem przekonana, że ta powieść, czytana po raz drugi, to bomba z
opóźnionym zapłonem. Że nagle, pomiędzy półkami z mlekiem UHT, a dżemami z
kawałkami owoców wybuchnę przeraźliwym płaczem, przetykanym nieregularnie
szlochami i trąbieniem w [trzymaną w zanadrzu specjalnie na tę okazję]
chusteczkę. Albo, że przy niedzielnym obiedzie z rodzicami pomyślę nagle:
‘biedny człowiek, biedne kotki’ i zagapię się w zadumie w okno, a po moich
policzkach będą płynąć spokojne, lecz niezmordowane słone potoki. Albo chociaż
[zaciskając zęby], będę starała się zapomnieć o opisach kaźni tak ukochanych
przecież przeze mnie stworzonek, a zamiast tego przez następny miesiąc moja
głowa pełna będzie szkiców psychologicznych bohatera powieści i samego pisarza.
Jakoś przecież  m u s z ę  to przepracować, tę z  p e w n o ś c i ą porażającą książkę. Jej
autor jest wybitny. Pisze tak, jakby sam rozchichotany Pan Bóg, albo raczej
Bożek Pan wziął do ręki pióro i zaczął łaskotać słowa, by same układały się w
zdania. Muszę zarwać kilka nocy na podtapianiu się w żalu, bo tak uwielbiam
koty. Bo tak przepadam za tym autorem…



 



[4.]



Nic takiego się nie stało. Nie udało mi się
przeżyć tej historii jeszcze raz. Burejące**,
doroślejące lata przemieniły mnie z wrażliwej dziewczynki, czytelniczki [z
powołania], w bezpłciowego pretendenta do miana literaturoznawcy [przez
wyuczenie]. Ta książka jest fatalnie napisana i ckliwa, trudno mi dziś tego nie
zobaczyć. Może trzeba było nie wracać.



 



                                                      Ten tekst
jest [wbrew pozorom] podziękowaniem dla wszystkich autorów, przy których książkach
dostawałam gorączki i się trzęsłam. 



I
poetów, którzy nauczyli mnie tworzyć wyrazy, kiedy ramy języka okazują się za
ciasne.













[*] Swoją
drogą ciekawe, skąd przywędrowała ta ohydna plaga siedzenia i w ogóle,
znajdowania się ‘na’ rozmaitych miejscach. Na kasie, na portierni, na szatni,
na chacie… stres związany z wysłuchiwaniem bezustannie powielanych błędów
językowych łagodzi jedynie przywoływanie w myślach realistycznej wizji
faktycznego znajdowania się podmiotów używających tego typu zwrotów, NA
wskazanych miejscach. [Zwłaszcza kasjerki na kasach prezentują się niezmiernie
efektownie.]







** takie,
które stają się bure.







Recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w Gazecie Festiwalowej na Poznaniu Poetów 2011


Link 22.06.2011 :: 10:22 Komentuj (0)

 



 



Buch.
Kopyt zhardział[1].



 



Sami
się o to prosiliśmy, więc mamy.



Po
całych latach, przepuszczonych przez palce jałowych dyskusji o literaturze i
kulturze.



Po
prze-długaśnych wiekach w czasie których, szkolnictwo wyższe [!], średnie i
niższe obchodziło się z materią literatury jak z ogromną porcją szpinaku,
serwowanego w głębokim talerzu rzeszom niechętnego narybku.



Po
epokach, przez które rzeczony niechętny narybek, aż do śnięcia żył w
przekonaniu, że tekst pisany to świetna opcja na dłuższy pobyt w toalecie i nic
więcej... przyszedł Kopyt.



 



A właściwie wyrósł jak wrzód, po X edycji Ogólnopolskiego
Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina (2004). Jeśli jednak ‘wrzód’ może
kiedykolwiek oznaczać zjawisko pozytywne, to jest właśnie ten moment. Zaczęło
się niewinnie. Dobrze przyjęty debiut ([yass],
Tygiel Kultury, Łódź, (2005)), trochę dyskusji o indywidualizmie twórczym, o
nieszablonowej formie tekstów, ale bez skandalu. Później było już tylko lepiej,
tomik [yass]/możesz czuć się bezpiecznie,
(Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2006)),
piejący z zachwytu Karol Maliszewski, szybko a płynnie rosnące zainteresowanie
młodym poetą, tomik sale sale sale, (Wielkopolska
Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2009))z trzema
zdaniami Siwczyka na okładce, intensywne polemiki z których wynikło
nieoczekiwanie, że twórca jest pyskaty i ma raczej w dupie układanie się ze
stronami oceniającymi. W międzyczasie Szczepan Kopyt ujawnia się jako muzyk,
copywriter, redaktor portalu poetyckiego. Kilka dni temu z przekory stwierdza
jednak o sobie: Ani muzyk, ani poeta, ani
redaktor, ani copywriter, ani ziomek z dzielni, ani fan teorii, ani buddysta,
ani ateista, ani komunista, ani anarchista, ani absolwent, ani wolny najmita.

Kim więc jest w rzeczywistości? Po zapoznaniu się z wszelkimi możliwymi
źródłami, włączając w to samego zainteresowanego, odpowiedź (będąca
jednocześnie odświeżoną notką biograficzną) mogłaby wyglądać tak:



 



Szczepan
Kopyt
, (ur. 1983 we
Wrocławiu) – polski poeta i muzyk (m.in. basista zespołu Yazzbot Mazut). Twórca
bezczelnie pewny siebie, kwiecista tkanka wytworzona przez monstrualny organizm
współczesności, zwracająca się teraz przeciw żywicielowi. Pokazowy anarchista,
szpanerski palacz zieleni, zbuntowany wykształciuch. Filozof kultury masowej.
Na fali będąc nie lubi być na niej. Bezwątpliwie mesjasz intelektualnych
licealistów. Yo.



 



Taka regułka ze względu na dysfunkcje
gramatyczne i brak jakichkolwiek znamion oficjalności nie znajdzie się w
podręcznikach do polskiego, ale niech chociaż posłuży jako klucz do
rozgryzienia nowego tomu  Wrocławio-Poznaniaka.
Książeczki o jakże ultymatywnym tytule buch.



 



O c[i]ałokształcie[2] poezji
Kopyta można powiedzieć wiele rzeczy, które już zostały powiedziane. Opisać
problematykę jego tekstów, która w swojej istocie jest już tak widoczna i
nachalna, że nie wymaga dodatkowych komentarzy. O czym więc pisać nie trzeba?



O tym, że tematyka tekstów oscyluje, jak
zawsze w obrębie anty: masowym, popowym, prawnym, systemowym[3]. Oraz
w obrębie pro: anarchistycznym, muzycznym, offowym, luzackim. Nie trzeba też
wspominać o wyśmienitych szaradach językowych (racja żywieniowa opiera się na boczku), podchodach semantycznych
(cały tekst Niezrozumiłości),
nawiązaniowej zabawie w berka (tytuł Why
does my heart feel so bad
). O tym, że wiersze Kopyta są, jak zawsze nabite ‘linkami’,
które nie tylko ukazują ogromną erudycję artysty, ale też, funkcjonując jako
kontekstowy background do samej poezji, pozwalają na całościowy ogląd filozofii
życiowej Kopyta- na zrozumienie i przejęcie choć na chwilę jego percepcji
rzeczywistości. Nie trzeba już też powtarzać się w kwestii koncentracji znaczeń
i symboli. Oczywistym jest, że teksty poeto-muzyka są gęste, mięsiste, barwne
(zarówno w warstwie językowej, jak i merytorycznej) i ze wszech miar
atrakcyjne, co nie oznacza jednak, że są łatwe. Wiadomo też, że są rytmiczne,
że każdy z nich mógłby zostać zaśpiewany lub za-melo-recytowany, (choć sam
autor kategorycznie oświadcza, że nie
chce aby teksty zginęły pod naporem muzy)
. Nie pozwoliwszy się dalej prowadzić
temu jałowemu dyskursowi apofatycznemu, należy wreszcie uwydatnić to, o czym
napisać trzeba.



 



     A
napisać trzeba o dwóch sprawach. Jednej srodze subiektywnej i drugiej, cwanie
niejawnej. Subiektywne są zawsze oczekiwania w stosunku do tekstu, który ma
zostać przyswojony. W duszy odbiorcy pojawiają się cichutkie echa, błagalne
szepty ‘książko podaruj mi olśnienie’. ‘Buch’u, podaruj mi odrobinę
niewyświechtanej[4]
liryczności i kilka celnych metafor, które poruszą mnie do głębi i sprawią, że
czytanie cię, Buch’u, będzie miało
sens!’ Wybitny francuski narratolog nazwiskiem Greimas, w swojej książce
zatytułowanej O niedoskonałości (tłum.
A. Grzegorczyk, Wyd. Naukowe UAM,



Poznań 1993), opowiada o fenomenie guizzo- zjawiska polegającego na nagłym,
chwilowym i niepowtarzalnym olśnieniu czytanym dziełem. Według niego, w czasie guizzo czytelnik dotyka istoty tekstu,
przez moment czuje go i rozumie bez żadnych wątpliwości i szperania w przypisach.
Ten szczególny moment przyrównywany jest przez badacza do nagłego wyskoczenia z
wody małej, lśniącej rybki i natychmiastowego jej wpadnięcia na powrót pod
powierzchnię.



 



Takie nagłe poczucie niemal intymnego związku
z tekstem, o wiele bardziej prawdopodobne jest podczas lektury pierwszych
tomików Kopyta. Liryczność wydaje się być w nich bezwiedna, uczucia prawdziwe,
a miłość post-modernistyczna i wieczna. Im późniejsze wydawnictwo, tym wolniej
bije serce tekstu, żeby w najświeższym zbiorze niemal stanąć. Podkreślić
trzeba, że Kopyt nie pisze i nigdy nie pisał poezji przesadnie afektacyjnej. Jednak
mimo, że specyficzna uczuciowość podmiotu lirycznego nie bywała gwoździem
programu, to jednak zdawała się być cichą melodią w tle, dzięki której
czytelnik wiedział, że może czuć się
bezpiecznie
.



Buch! I nie można czuć się bezpiecznie, bo Kopyt zhardział.
Można za to sycić się do woli karkołomnymi, a mimo to perfekcyjnie
skonstruowanymi metaforami, których niemała ilość szczęśliwie zachowana została
od debiutu poety, aż po dzień dzisiejszy.



Pozostaje więc jeszcze element ukryty
(skitrany, jak powiedziałby artysta), którym okazuje się [pozorna?] niespójność
estetyczna tekstów w najnowszym tomie. Zjawisko to jest niemal niezauważalne po
pierwszym przeczytaniu, przy kolejnych jednak okazuje się stopniowo ujawniać. Chodzi
tu o bezustanne przenoszenie punktów ciężkości w wierszach. Raz najważniejsze
są w nich metafory, innym razem układ graficzny, zbliżający Kopyta do nurtu
neolingwizmu, jeszcze dalej są zabawy słowne, wiersz, który składa się z dwóch
swoich lustrzanych odbić, wiersze stylowo smutne, a potem stylowo buntownicze…
Sam poeta tłumaczy tę fascynującą różnorodność tak: być może jest to właśnie niekonsekwencja w myśl maksymy "ciągle
zdradzam - w tym szczególnie pozostaję sobie wierny". Myślę w różny sposób
i piszę różnorako - w tej metodzie nie ma szaleństwa, ani kalkulacji. W ogóle
piszę raczej intuicyjnie, być może dziesiątki nieudanych wierszy mogłyby jakoś
lepiej wskazać na metodę, w myśl jakiej powołuję te, dla mnie, udane wiersze do
obiegu. […] Wiersz jest miejscem eksperymentu na żywej mowie i jej znaczeniach,
do której ta, dla ludzi i przez ludzi, się odnosi: czy sprawia to wrażenie
merytoryczności, dowcipu, eksperymentu lingwistycznego, czy też może
sprowokować odbiorcę do wytworzenia sobie jeszcze innej szufladki, jest to
sprawa dla mnie nieistotna - byleby i mnie na dłużej zatrzymał.



Można pozwolić sobie zatem na następujący
wniosek, że po raz kolejny poczochrana poezja młodego literata obroniła się i okazała
się warta zauważenia i docenienia. Szczepan zhardział, więc jeśli artyści są
barometrem rzeczywistości w której się znajdują, strach się bać, bo system
podkopuje fundamenty całego świata [sic!], ale tomik jest niezły, więc co z
tego.



 



Do tomiku dołączona jest płyta. Też niezła.

 



    



 



    













[1] zhardziały «taki, który
zhardział». http://sjp.pwn.pl/slownik/2545973/     [sic!]







[2] Tekst jest materią,
materia tekstu jest żywa, żywa materia to ciało, ze wszystkimi jego zaułkami,
fascynującymi zaletami i pasjonującymi niedostatkami, poezja to ciało.







[3] Dlatego też został nazwany
wrzodem. Jest nieprzyjemny, bo mówi prawdę. Frunąc w pelerynie łopoczących
literek, podwiewany, unoszony wiatrem misji, nie boi się zamknąć oczu na
słoneczko dobrobytu.







[4] Jeśli chodzi o unikanie ‘świechtania’,
jestem spokojna, Kopyt nigdy nie ‘świechtał’, nie ‘świechta’ i nie będzie
najprawdopodobniej ‘świechtać’. Uf.




Szczepan Kopyt, Buch

Książka z serii Wielkopolska Biblioteka Poezji nr 023, Muzyka: Szczepan Kopyt, Piotr Kowalski, format 14 × 14 cm, 48 stron, oprawa miękka ze skrzydełkami, 1 płyta CD, rok wydania 2011







Jonasz


Link 22.06.2011 :: 17:04 Komentuj (0)

 



Dla
wszystkich moich
 współ-



Jonaszów.



 



Jonasz



 



Parking. Przestrzeń zaczyna się pomiędzy
szlabanami. Jest jak tunel z deseniem martwych gałęzi na suficie. Jest o wiele
za późno, żeby jakiekolwiek auto miało jeszcze na nim stać. Puste, dwuwymiarowe
pudełeczka miejsc mienią się białością pośpiesznych farbianych mazów. Białe
linie dźwięczą przez mrok. Środkiem ciągnie się chodniczek z wieloodcieniowej
szarości, poznaczony sznytami po bieżnikach, które lubieżnie wtapiały swoje
gorące, okrężne ciała w nagrzany setką lipców asfalt. Na zewnątrz, ale już na
terenie. Na zewnątrz tego dziwnego wewnątrz. Przedsionek, oglądany czarną gałką
oczną, podwieszoną na rogu budynku. Ona widzi rozmazane hektolitry mgły i
jaskrawe, papuzie plamy koloru, kiedy jakieś auto przekracza granicę.



 



Nacisnąć klamkę. Złotawa przez wyślizgane
pieszczoty kilkuset dłoni, brunatna w zagłębieniach. Popatrzeć w oczy
miniaturowej głowie meduzy, wyrytej u nasady. Uchwyt gięty jak ciało kobiety,
jak nie-zakończone plecy w jedną stronę i tułów z Modiglianiego w drugą.
Schodki z nagrobnego lastriko. Ale droga jest jedna, trzeba dać się złapać w
niespokojny, rozedrgany chłód klatki schodowej, żeby dojść do właściwego
wejścia. Portier jak brodata ryba w podświetlonym akwarium. Zwraca ku
wchodzącym swoje nieprzytomne, przydymione oczy, a kiedy widzi, że nikt nic od
niego nie chce, powraca z ulgą do obserwacji. Z minuty na minutę, coraz głębiej
tonie w swoim katatonicznym świecie, w którym istnieje tylko on i maniakalnie
przez niego obserwowany ekran, który maniakalnie obserwuje pusty parking, gdzie
przestrzeń zaczyna się między szlabanami i jest jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie.



 



Dyrektor
Znaniecki prosi o przeniesienie rzeczy z pokoju 59 do pokoju 31.
Skrępowane wyrazy niepewnie kulają się między
wargami, zatrzymują się kilka centymetrów od twarzy, tłamszone przez głuchą
ciszę gmachu.



Korytarze są dwa. Jeden prowadzi prosto, aż do
mety ze świecących punktowo automatów, z puszącymi się batonami, pewnymi swojej
nietykalności i butelkami, poddańczo kłaniającymi kapsle w stronę wylotu. Drugi
prowadzi w lewo. Jeśli przechodzić nim powoli, można doznać łaski małych
świetlówek na specjalne okazje. Ich największym świętem jest wyuzdany w swojej
luksusowości, bordowy plusz. Oświetlają go czule, a on pręży swoją miękką
sierść pod ich wzrokiem. Co dzień krwista tkanina pokrywana jest mozaiką
zadrukowanych papierów, różnych formatów i wagi. Ktoś musi wtedy otworzyć witrynę
i bezlitośnie zakupunkturować plusz.



 



Iść prosto. Dotykając ścian bełkotliwych, jak późne
płótna późnego Moneta. Nawet w najważniejszym miejscu, tam gdzie unosi się
subtelny zapach drogich, drewnianych mebli z sekretariatu, mury są obiecująco
pokancerowane. Beżowo-żółtawe, z zaciekami jak plamy wątrobowe. Kuszące tymi
niewidzialnymi odciskami dłoni, które zostawił tu ktoś, kto szedł przez ten
katatoniczny świat, gdzie pusty parking między szlabanami, jak tunel z deseniem
martwych gałęzi na suficie, gdzie schody jak nagrobki, a w witrynach ciężki
plusz o kolorze lepkim i ciepłym.



Koniec korytarza to brudne okno. Jest tablicą
ogłoszeń dla nieświadomych kochanków. Pokryte odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski, jedne mieszają się z drugimi i może się kiedyś okazać, że ktoś ma z
kimś wspólną rękę, szczęśliwie stworzoną z wizerunku linii papilarnych kciuka i
palca serdecznego jednego człowieka i środkowego i kawałka przegubu drugiego.
Opierał się o szybę trzymając jednorazową kawę w fioletowym kubeczku, nerwowo
miętoszonym w samym centrum pracującej soboty.



 



Pokój 59, paniczny zaduch sprzętów
rozrzuconych, jak ofiary okrutnej bitwy. Fragmenty komputerów rozkładające się.
Na brudnej podłodze. Rozkładające swe wdzięki. Na widoku przychodzących. Dwa z
nich są czujne, jeszcze żywe, jednookie. Zanim zapali się światło, łapią w
obcisłą sieć spojrzeń generowanych przez zielonkawe diody źrenic.



 



Przejść z 59 do 31, nie budząc nic, co akurat
gdzieś tu, w okolicy może spać. W jelicie kolejnego korytarza znajdują się
neonowe polipy ze smutnym blaskiem ogromnego napisu cisza, a także regularne narośle czujek przeciwpożarowych. Dwa
nowotwory zegarowe. Jeden atakuje spojówki podróżujących karminem liczb i
zdesperowanym punktem zapalnym, pulsującym zaciekle, by pokazać, że już na
zawsze jest się spóźnionym. Drugi wielki i dworcowy. W bezpulsowej ciszy nocnej
co minutę generuje ciche pyknięcie. Pyk, zrezygnowany dźwięk pękającej skorupki
jajka. Pyk, jest się już o minutę bliżej.



Dystrybutor wody, której świeża materia
zamknięta w ramy walca zawsze drży. Zawsze drży. Więc jednak jest tu jakiś
cichy puls. Dyskretne istnienie. Mini-tsunami. Trzęsienie wody. Wpatrywać się
hipnotycznie. To ciekawsze niż parking, który jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie, prowadzi do prostokątnego słoja z brodatą rybą, która
twierdzi, że ta przestrzeń między szlabanami jest ciekawsza niż cokolwiek
innego w obu światach razem wziętych: zewnętrznym i wewnętrznym.



 



Twarze pokojów o numerach 25, 26, 27, 28, 29,
jak portrety umarłych królów, oświetlone tylko słabo połyskującymi dzwonami
lamp zwisających z sufitu. Gilotyna do papieru. Gilotyna tnie bezruch i gwałci
ciszę strawionego dnia. Kończy cios uderzeniem, biegnącym hałaśliwym sprintem
po ścianach i po twarzach kolejnych władców. Nagle materializuje się Olczakowa.



Chciałam
tylko zobaczyć kto to.. a… to tylko pani… długo pani pracuje.



Pani
też.



Uśmiech, jakby śmiały się do siebie dwa
reflektory. Jasno i pusto. Olczakowa znika nagle, bez dźwięku, bez poruszenia
powietrza. Wchłonięta w ten wewnętrzny kosmos martwoty.



Pracownicy do późna siedzą w swoich
klaustrofobicznych klitkach, obstawieni ekranami, które zdobywają za nich cały
świat. Skuleni za laptopami, zasłonięci skorupami drukarek. Istnieją tylko jako
kliknięcie przycisku wyślij-odbierz w
programie pocztowym. Wysyłają, odbierają, wysyłają, odbierają. Otoczeni
zapachami, które biorą się znikąd. W ciągu dnia owiewają ich delikatne
przeciągi, jak muśnięcia czyichś opuszków palców. Jest tu ktoś?  Milczenie
dudni, jak burzowe chmury upchnięte w najgłębszą rurę świata, prowadzącą do
jądra ziemi. Telefoniczne linie wewnętrzne jak cienkie niebieskawe żyły,
biegnące we wszystkich kierunkach tego zimnego, stuletniego organizmu.
Autonomiczna telefonia, żeby nikt nie wiedział o rozmowach, że w ogóle mają
miejsce, że łamią ze świstem ‘sz’, ‘cz’ i ‘ś’ święty spokój, spokój uświęcony
późną godziną.



Zatrzymać dłoń nad słuchawką. Nie dzwonić do
Michała, zakutego w stożek lśnienia lampki biurowej, gdzieś na najwyższej wieży.
Na pewno jest, ale nie dzwonić. Sztywne wnętrzności budynku spijają teraz projekcje
jego mięsistego intelektu. Pewnie mówi do siebie, bezustannie podsłuchiwany
przez dyskretne EKG przeciągów i testowany przez kolejkę górską zmiennych
temperatur. Patrząc od zewnątrz, da się sprawdzić, czy ma światło w swoim
naczynku. Ale nie da się obliczyć, które to okno, wśród szpaleru innych, migoczących
wiecznie rzęsistym zdziwieniem szyb. Gdyby został wchłonięty, strawiony powoli
w całości i już nigdy miał nie opuścić 404, nikt by się nawet o tym nie dowiedział.



 



31. Surowy stół skomponowany z symfonii
zadziorów i drzazg. Szereg sklejkowych szaf, uparcie broniących dostępu do
swoich trzewi. Jeśli podważyć je jakimkolwiek kluczem, prawie się otwierają,
ale to tylko moment słabości. Są niedostępne. Niezależnie gładkie, bezstronne,
jak zęby. Elementy ciała, które są ‘po prostu’. Nie wiją się w skurczach, nie
odsączają życiodajnych soków z masy przepływającej nieopodal. Są po prostu.



Uchylić drzwi do Sali Drabowicza. Całkiem
ciemno, ciemność rośnie w tej mikro-rzeczywistości, wypacza ją, przerasta,
deformuje. Ciemność, jak wielki implant, rozdziera powłokę realności. Jest monstrualna
i wybałuszona. Zapuszcza swoje smukłe ręce głęboko, najgłębiej jak umie. Jest
też chłodna i leniwa, wkłada podglądaczowi we włosy czarne róże i przymyka węglistymi
storami okna oczu. Jak syta kurtyzana, dumna, że mogła zaskoczyć i posiąść aż
do kości.



 



Wrócić korytarzem pod gablotami z bordo
pluszem, co pokłuty pinezkami płacze krwisto na blade policzki kartek A4. Iść
za światłem kładącym się na gumowym linoleum jak żółtawe zacieki niedojedzonego
jogurtu. Przejść nie budząc nic, co oddycha przez sen wprawiając w drżenie wodę
w dystrybutorze. Spojrzeć w prawo. Zwielokrotnione odbicie nosa i ust w szybie,
jak  tablica ogłoszeń dla nieświadomych
swojego istnienia kochanków. W szkle pokrytym odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski. Odciski rozmazują odciski. Odciski wypełniają odciski.



 



Znieść wielką nieobecność. Znieść wszelką
nieobecność. Znieść nachalną obecność kogoś. Powoli kończą się ubogie zasoby
skwaśniałego tlenu. Jest gęsto od pośpiechu. Zbierać szybko swoją przenośną
izolację, swoją samotność marki HP. To nie śpi.



 



Akwarium, w którym portier ciuła strzępki
powietrza w krzaczastą brodę. Na progu stoi młody klarnecista, na ścianie jak
haczyki, albo już złote rybki we własnych, śniętych osobach, wiszą klucze do
wszystkich serc i wątrób, do pary niesymetrycznych płuc z barierkami mającymi
zniechęcić samobójców, do mózgu na szczycie, czuwającego łaskawie nad całą
fizjologią korytarzy, piwnic, zejść i wyjść, przejść i przesmyków, gardeł i pomieszczeń
łapczywie chłonących każdy przejaw życia. Za oknem to, co na monitorze. Pasaż
między szlabanami. Ułamek trasy jednokierunkowej z ornamentami martwych gałęzi
na nocnym suficie styczniowego nieba.



 



Wyjść. Ciężkie kroki klarnecisty Sławka,
żłobiące leje w schodach żałobnych. W stopniach nagrobnych.



W
którą stronę idziesz?



W
stronę miasta.



Zarzuca na głowę czarny kaptur i stapia się z
ciemnością, która jak zaspokojona kochanka, wbija mu w głowę róże i puszcza
perskie oko, wytuszowanymi teatralnie rzęsami zmarzniętej, stalowej trawy.



Będąc wyplutym na brzeg, oblepionym śliną
intymnych szeptów, przewierconym obserwacją milionów szpiegujących atomów,
wydalonym, bez szans na recycling, jest się obcym ciałem, jak kłaczek z
wełnianej czapki na nieprzeniknionym białku stukolorowego oka. Jak moneta połknięta
przez dziecko.



Ciałem obcym, które nie ma już dokąd iść.



 



 



 



 



 



Wszystkie
miejsca i osoby istnieją naprawdę, a opisujące ich informacje są prawdziwe. Inaczej
po co byłoby o nich pisać?



Rozbity dzban, Rozbity Kleist.


Link 23.06.2011 :: 01:46 Komentuj (0)


Kampania reklamowa na miarę megaprodukcji, chwytliwy tekst promocyjny, wielkie nadzieje i potworne rozczarowanie. Kilka zdań o jednej z najbardziej wyczekiwanych premier kończącego się sezonu teatralnego w Poznaniu.


1. 'dramat surowy' nie oznacza 'dramat lapidarny'.


Przykro pisać tak ostre słowa pod adresem teatru, który przez wiele lat dostarczał swoim widzom ogromnych wzruszeń i zachwytów. Wystarczy wspomnieć świetną inscenizację 'Burzy' [reż. J. Wiśniewski], czy monodram 'Auteczko', wykonywany i wyreżyserowany przez A. Machalicę. Dzisiejszy wieczór okazał się być całkowitym przeciwieństwem wszystkiego, co piękne i mądre, miało kiedykolwiek miejsce w Teatrze Nowym. 

Dramat surowy, niefinezyjny w warstwie języka, czy mnogości nawiązań nie musi być przecież płytki i prosty. Kleist, pisząc 'Rozbity dzban' nie opowiada wcale historyjki miłosnej, czy pełnej gagów powiastki filozoficznej. Zamiast zdać się na wiosłowanie po meandrach fabuły, daje widzowi precyzyjne narzędzie do wykonania rekonesansu w otaczającej go rzeczywistości. W tym punkcie akurat Wiśniewski ma racje: zmienia się tylko czas, a ohyda tkwiąca w człowieku pozostaje taka sama. To był bardzo dobry trop, który skończył się wraz z kropką w tekście promującym spektakl. Widowisko, odbywające się na scenie, okazuje się być jednak uproszczoną teatralną melodyjką-samograjem. Widownia ryczy ze śmiechu przy fantastycznej grze aktorskiej M. Kropielnickiego, który jednak, [posłuszny wizji reżyserskiej?] kreuje raczej postać nieszkodliwej kanalii i ewidentnej ofiary pecha, niż siedliska 'przeklętych obrazów i straszliwego pożądania' [cytując reżysera]. Gdzie jest to drugie dno? Gdzie subtelna przestroga? Współczesna parabaza? Maski były dziś gębami i niestety nie opadły.


2. Matowa czerń & biel.


Dobrze więc, żegnam nadzieję na konteksty, zagadki, szarady intelektualne i wszelkiej maści zagwostki. Pozostaję na płaszczyźnie odbioru bezpośredniego. Nie sięgam do backgroundu kulturowego. Ponoć w prostocie tkwi siła, a więc z pewnością można przeczytać to przedstawienie jako nietypową rozprawę o moralności. Tak też ją czytam. Tyle, że Wiśniewski ukazuje całkowicie skonwencjonalizowany obraz świata-bez szarej strefy. Istnieją tylko dwa obozy: tych uczciwych, dostających początkowo po nosie, ale ostatecznie pokonujących z przytupem zło i tych podłych, którym [i dosłownie i w przenośni] zaczyna zaciskać się pętla na szyi. Istnieją tylko dwa kolory: czarny i biały, a w dodatku oba są matowe. 


3. Niedokończenia.


Wrażeniem, którego jeszcze długo po wyjściu z teatru nie mogłam się pozbyć, było poczucie nienasycenia i niedokończenia. W tym spektaklu tkwi jakaś zagadkowa, wewnętrzna niespójność. Kostiumy z epoki przeciwstawione są jednemu jedynemu efektowi multimedialnemu [cień wiszącego Sędziego Adama], który nie szokuje, ponieważ trwa mgnienie oka, po czym zostaje brutalnie przerwany zapalającymi się na widowni światłami. Większość aktorów gra poprawnie, ale bez serca. Spektakl jest za mało smutny, żeby oddać nastrój swojego literackiego pierwowzoru [!] i za mało dowcipny/wesoły, by móc zostać nazwany 'komedią pełną gębą'. Za mało mroczny, żeby pozwolić widzowi zanurzyć się w bagnie mętnego człowieczeństwa, za mało pogodny, żeby ów widź mógł bez szczypty wewnętrznego niepokoju śmiać się z Sędziego.



Za mało prawdziwy.




Bestia,  Teatr Nowy im. T. Łomnickiego w Poznaniu, Trzecia scena

premiera 17 czerwca 2011

Heinrich von Kleist

przekład:
Zbigniew Krawczykowski
inscenizacja: Janusz Wiśniewski
kostiumy: Agata Uchman
w roli tytułowej:
Mirosław Kropielnicki

w obsadzie:
Janusz Grenda
Paweł Binkowski
Ildefons Stachowiak
Grzegorz Gołaszewski
Wojciech Deneka
Paweł Hadyński
Tadeusz Drzewiecki
Andrzej Lajborek
Aleksander Machalica
Krzysztof Przybyłowicz
Edward Warzecha
Maciej Zabielski
Małgorzata Łodej
Anna Mierzwa
Wiktoria Kulaszewska (PWST Kraków)



Załóż bloga

Archiwum

2020
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl