krytykakultury at ownlog '06

Przekaz dyskretny - tragedia w dwóch aktach


Link 12.10.2011 :: 22:08 Komentuj (2)
Przekaz dyskretny - tragedia w dwóch aktach

Samuel Beckett serwuje swoim odbiorcom samotność metafizyczną. Upycha ją w każdą wolną szparkę przestrzeni scenicznej, ale również przemyca ją wprost do głowy obserwatora. Ani się [widz] obejrzy, a już cierpnie mu skóra, od tego dziwnego lęku, który każdy z nas czuje, kiedy okazuje się, że nie ma już nic do zrobienia.

Akt I

Powierzchnia ziemi porosłej spaloną słońcem trawą, z wybrzuszeniem pośrodku w kształcie małego kopca. Zbocza z lewej, z prawej i z przodu opadają łagodnie. Z tyłu - stromo […]. Maksymalna prostota i symetria. Rażące światło.(1) Tak Beckett wyobraził sobie w 1961 roku miejsce idealne do odegrania "Szczęśliwych dni" - tragedii nieoczywistej. Koncepcja jest prosta, sprawdza się do dziś: widz wprost z zatłoczonej, tętniącej życiem ulicy, wessany zostaje do świata, który jest inny niż wszystkie miejsca, w których znajdował się do tej pory. Wiadomo, że jest to odludzie, powleczone przez większość dnia warstwą morderczego upału. Wiadomo też, że nie ma tam roślin, zwierząt, domów, … nie ma nic, co mogłoby rozproszyć widza i utrudnić mu bolesną konfrontację…[*1] Wszczepieni w chłodny, cichy kosmos wyobraźni noblisty, obserwujemy starzejącą się kobietę, tkwiącą po pas w piaskowo-kamiennym kopcu [*2]. Nieco z tyłu, za dziwaczną fortecą [*3] wyleguje się jej małomówny mąż, smażący swoje łysiejące czoło na słońcu. Willie [Mariusz Puchalski] nie jest zainteresowany rozmową zkobietą, dlatego musi ona sama zająć się płynącym powoli czasem. Winnie jednak się nie skarży. Ma ręce pełne roboty. Puderniczka, parasolka, szminka, szczotka do włosów. Przez cały dzień dba o siebie, prowadząc dialog [w tym momencie widz skłonny jest stwierdzić, że chyba rozmawia ze sobą(2), bo przecież nie z mężem, czytającym od lat [?] tę samą gazetę]. Przez cały dzień czeka na dzwonek [*4] rozpoczynający noc. Wtedy może myśleć z ulgą i zadowoleniem, że to był kolejny szczęśliwy dzień i że to cudowne, że udało się go doprowadzić do końca. Widzowi zdaje się, że wie doskonale, co Beckett chciał osiągnąć. Na jaki efekt liczył, rezygnując z sakramentalnego decorum, na rzecz głębokiego egzystencjalizmu. Widz niemal fizycznie czuje dramat przywiędłej blondynki, zakopanej codziennie coraz głębiej. Wie, że Winnie nie wyjdzie z kopca, nie opuści już pustyni. Współczuje jej. Smuci się, myśląc: ‘to taki życiowy spektakl, mój Boże’…

Akt II

Beckett ukazuje wzniosłość człowieka w jego skrajnym opuszczeniu(3). Jednak jego opuszczenie, to raczej nie to powierzchowne uczucie, które widz ma na myśli oglądając "Szczęśliwe dni". Autor "Czekając na Godota" serwuje swoim odbiorcom samotność metafizyczną. Upycha ją w każdą wolną szparkę przestrzeni scenicznej, ale również przemyca ją wprost do głowy obserwatora. Ani się [widz] obejrzy, a już cierpnie mu skóra, od tego dziwnego lęku, który każdy z nas czuje, kiedy okazuje się, że nie ma już nic do zrobienia. Nagle przestajemy tylko oglądać- stajemy się od nowa, po drugiej stronie. Tak, jakby scena rozciągnęła się i pochłonęła rzędy krzeseł. Jakbyśmy sami na niej grali. Szperamy w torebkach [większość pań ma czarne, podobne do tej, w której właśnie grzebie Winnie], sprawdzamy nerwowo, czy komórka jest na pewno wyłączona, malujemy po omacku usta, uśmiechamy się zdawkowo do towarzysza, żeby nie widział, że się boimy. Beckett wie, że bycie człowiekiem, to tylko efekt jakiejś piekielnej transakcji typu ‘coś za coś’. W zamian za ucywilizowanie dostaliśmy świadomość. Rzeczywistość jest bolesna, kiedy wiemy, że nie czeka nas wieczność przy jej akompaniamencie. Wieczności nie ma, czas się nie cofa, a od pewnego momentu nawet dziwnie przyspiesza. To widać w wilgotnych oczach Winnie [Antonina Choroszy]. To jest ten ból, który zmusza nas codziennie do zmywania naczyń, słania łóżka, karmienia zwierząt domowych, chodzenia na zakupy, do kina, do teatru. Tortura tym dotkliwsza, im lepiej nam to wszystko wychodzi. Zadomowieni w hermetycznym kopcu naszej rzeczywistości, nie chcemy pamiętać, że kiedyś trzeba będzie go opuścić. Wiemy to, ale nie chcemy pamiętać.

Epilog

Właściwie nie trzeba czytać tego wszystkiego, co jest powyżej. Najlepszym opisem spektaklu są cztery pytania:

[*1] Z czym konfrontujemy się naprawdę, patrząc na paniczne rytuały Winnie?
[*2] Dlaczego w ogóle nie dziwi nas widok kobiety, która tkwi w kopcu i ani przez chwilę nie zastanawiamy się, ‘co to ma znaczyć, do licha’?
[*3] Skąd wiemy i czy w ogóle wiemy, że Winnie jest uwięziona?
[*4] Dlaczego dzwonek, budzący i usypiający parę pięćdziesięciolatków na pustyni, wydaje nam się tak znajomy?

Nie ma[m] na nie odpowiedzi. Cały Beckett.

Przypisy:

1 S. Beckett, Szczęśliwe dni, [w:] No właśnie co. Dramaty i proza w przekładzie Antoniego Libery, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.
2 Jednak nadal, z całą pewnością jest to dialog.

3 Z uzasadnienia przyznania Literackiej Nagrody Nobla, źródło: http://noblisci.bnet.pl/61-70/1969/1969.html, data dostępu: 29 września 2011, 21:04.

Dziennik Teatralny



Ludzkie oblicze Teatru, czyli tańsze bilety dla ubogich z Jeżyc


Link 12.10.2011 :: 22:09 Komentuj (1)
Ludzkie oblicze Teatru, czyli tańsze bilety dla ubogich z Jeżyc

Takie właśnie, zaskakujące hasła podgrzały nieco atmosferę wtorkowej (4 października) konferencji prasowej w Teatrze Nowym w Poznaniu. Powołany na początku września na stanowisko dyrektora naczelnego Piotr Kruszczyński obiecuje bardzo wiele, jednak czy faktycznie uda mu się zrealizować wszystkie, gęsto umieszczone w programie artystycznym 2011/2012, projekty?

Od samego początku spotkania, dyrektor bardzo mocno akcentował potrzebę odmłodzenia wizerunku Teatru Nowego. Stać ma się to m.in. za sprawą cyklu otwartych prób o wspólnym tytule "Nowe dramaty", a także projektu edukacyjnego "Nowi w Nowym", proponowanego na zakończenie sezonu. Oprócz liftingu artystycznego, czeka nas również wzmocnienie kadry aktorskiej dwoma nowymi nazwiskami. Mowa o śpiewającej aktorce, Dorocie Abbe zaproszonej do Poznania z Wrocławia oraz Mariuszu Zaniewskim, do tej pory współpracującym z warszawskim Teatrem Wytwórnia.

-W tym sezonie zależy nam na komunikatywności, mówi Kruszczyński, nie będziemy przeprowadzać rewolucji w zespole, nie chcemy, żeby widz czuł się jak mały człowiek, wchodzący przez wielkie drzwi do wielkiej instytucji [mowa tu o faktycznie ogromnych wrotach, prowadzących na widownię Dużej Sceny]. Te dość nieprecyzyjne założenia mają zostać wprowadzone w życie dzięki wspomnianej już akcji "Spektakle dla wiary z fyrtla", umożliwiającej obcowanie ze sztuką mniej zasobnym mieszkańcom Jeżyc [w tym miejscu trzeba zapytać o to, co ma być miarą statusu finansowego i dlaczego akcja dotyczy akurat Jeżyc, a nie, powiedzmy, Wildy. Na te i inne przytyki dyrektor odpowiedział tylko, że Jeżyce mają pierwszeństwo ze względu na położenie geograficzne].

Mniej wywrotowym projektem będzie pewnie ‘coś dla seniorów’, co [jak sama nazwa wskazuje] nie jest jeszcze nawet w fazie projektów. Najbardziej interesującym tematem, poruszonym na konferencji był grafik premier. Niestety i w tej sprawie dyrektor okazał się być bardzo tajemniczy. Wiemy tylko, że najbliższa premiera ["Obsługiwałem angielskiego króla" w reżyserii Piotra Cieślaka] jest ostatnią zakontraktowaną jeszcze przez poprzednią dyrekcję. Pierwszym spektaklem wybranym już przez Kruszczyńskiego będą "Turyści" w reżyserii Leny Frankiewicz. Przygotujcie się na wczasy all-inclusive, mówi o swojej pierwszej premierze na deskach TN. Może się to okazać dobrym hasłem na cały sezon artystyczny, w którym czekają nas również projekcje, dyskusje, promocja biografii Mariusza Sabiniewicza, warsztaty pod intrygującym tytułem "Molier w glanach…"

Można by wyliczać bez końca, ponieważ co miesiąc ma czekać na widzów teatru jakaś nowość. A czego już na ul. Dąbrowskiego nie zobaczymy? "Burzy", "Lobotomobilu" i "Fausta". Miejmy nadzieję, że wierni i przyzwyczajeni do dawnego oblicza teatru widzowie, docenią zapał nowego dyrektora i przekonają się do wielkich zmian, które im proponuje.

Dziennik Teatralny



druga recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w eCzasie Kultury


Link 12.10.2011 :: 22:14 Komentuj (0)



Trzy światy trójtytułu, czyli Buch Szczepana Kopyta.



 



Wyzwolony, choć przecież nie do końca wolny, odkrywczy, ale zaledwie po
raz kolejny, nieprzystępny, ale tylko bez klucza. Buch i jest- nowy tomik.



Ta książka mogłaby się nie zdarzyć. Autor mógłby przecież uznać, że już
nic w poezji odkryć nie może [ choć nie wiadomo do końca, czy to właśnie
odkrywanie i przecieranie ścieżek jest głównym założeniem jego pisarstwa] i że
lepiej chyba zająć się prozą, albo krytyką, albo muzyką, albo czymkolwiek
innym, jak na multitalent przystało. Jednak Kopyt popełnił ten, całkiem dobry
zbiorek. Całkiem dobry, czyli nie genialny, ale raczej zjadliwy [jako
‘jadalny’, ale również jako ‘wyrażający niezadowolenie’]. Dlaczego tylko tyle?



 



Tytuł 1             Buch [das][1]-czyli ‘książka’.



 



Żyjemy w czasach, w których książka
nie jest już tylko książką. Dziś zmienia się ona raczej w zjawisko medialne,
dziwny twór, który wykracza daleko poza zwyczajowe ramy swojej dotychczasowej
formy. Można podążać za tą tendencją i ochoczo przyklaskiwać wszelkim szalonym
pomysłom wydawniczym, ale można też trzymać się konserwatywnej, sprawdzonej
przez stulecia postaci słowa pisanego. Kopyt, jako, że jest artystą ‘współczesnym’,
decyduje się oczywiście na pierwsze rozwiązanie. Jednym z zabiegów nadbudowanych
jest dołączenie do tomiku świetnej płyty współtworzonej z Piotrem Kowalskim
[ale o tym za chwilę], drugim natomiast jest skonstruowanie warstwy wizualnej
na sławnych znakach graficznych, rozpoznawalnych nawet bez stosownej adnotacji.[2]  Trzecim chwytem, zbliżającym [rzekomo!] poetę
do różnorodnej i kapryśnej materii kultury ogólnej, są pożyczki. Kopyt pożycza
tytuły, obiegowe powiedzonka, swoiste sformułowania, świetnie rozpoznawalne
przez większość użytkowników mowy potocznej, lecz mimo, że wplata je w swoje
teksty bardzo sprawnie, samo ich wykorzystanie nie wychodzi wierszom na dobre,
ponieważ tracą autentyczność [!]. Od czasu udanego debiutu, Szczepanowi
Kopytowi udało się wytworzyć własny język poetycki. Niebanalny, gustowny i
pociągający. Jest to system misternie dopracowany i każda próba wszczepienia weń
nawet najmniejszego ciała obcego, owocuje nadwątleniem precyzyjnej struktury
materii językowej, a tym samym rozproszeniem czytelnika i obniżeniem wartości
tekstu. Przykuć ponownie uwagę mają ‘zwroty do adresata’, czyli irytująca
maniera epistolarna, której namiętne użycie wieńczy wiersz o tytule Inwokacja [!]. Jako odbiorca mogę z całą
pewnością stwierdzić, że czuję się równie poruszona i wstrząśnięta tekstem
również wtedy, kiedy autor nie zwraca się do mnie w trybie rozkazującym.



 



 



Tytuł 2             Buch
[porcja dymu pobierana z tlącego się źródła. Najczęściej dotyczy skręta, ale
może też odnosić się do papierosa][3] – czyli wolność i
ideologia.



 



Świętym [a może
i najświętszym] prawem artysty, jest prawo do kreacji. A jeszcze świętszym niż
najświętsze, okazuje się być to prawo, właśnie dla poety. Kopyt z niego
skwapliwie korzysta. Próbując odwzorować papkowatą rzeczywistość postmoderny,
tworzy pstry, ponury świat. Oplata rzeczywistość swoim punktem widzenia,
umieszczonym zawsze wyżej i zawsze lepiej. A jednocześnie, mimo bardzo mocno
zarysowanej opozycji ‘ja vs. świat’, nie tworzy wierszy egoistycznych. Zdawać
by się mogło, że najważniejszym celem, przyświecającym młodemu poecie przy
realizacji tomiku, jest chęć podzielenia się swoją czarną wizją rzeczywistości.
Podmiot liryczny jest w jego tekstach kimś, na kształt [dość irytującego]
kapłana, który wytyka współlokatorom konsumpcyjnego świata wszystkie błędy [sam
przecież również je popełniając[4]].
Zatem tym razem młody poeta proponuje czytelnikowi wniknięcie w swój
mikrokosmos. W ‘swój świat równoległy’, stworzony na subiektywny obraz i
podobieństwo gigantycznego tygla XXI wieku, na którego podstawowe założenia autor
nie wyraża zgody. Dobrobyt zasługuje na karę. Jedyną formą bogactwa, której
przyklaskuje autor, jest zamożność li i jedynie intelektualna. Kopyt jest jak
guru na jasnej łące, której nie pokrywają cienie chmur składających się z ropy, dniówek i władzy. Gdybym
chciała się dalej czepiać, napisałabym, że bunt stał się wizytówką poety i że
właściwie… ‘o czym by on pisał, gdyby nie pisał o tym, że nie chce pisać i żyć
pod publiczkę [bo jest zbuntowany!]’. Gdybym dalej szukała dziury w całym,
wychwyciłabym pewnie też, że bunt, to prawdziwy konik Szczepana Kopyta. Konik,
albo nawet wierna, często odwiedzana rzeka, która nie chce go od lat opuścić,
albo raczej, to on nie ma najmniejszego zamiaru z niej wyjść. Jeślibym wierciła
jeszcze głębszą dziurę w poezji młodego poznaniaka, napisałabym pewnie, że
Kopyt ‘sadzi się’ na wszystkie zjawiska kultury popularnej, które akurat znajdują
się w zasięgu jego wzroku, [czy może lepiej, ‘pióra’], zdając sobie
jednocześnie sprawę z faktu swojego uczestnictwa w mainstreamowym wyścigu. ‘No sorry!’...



 



 



Tytuł 3             Buch
[jako onomatopeiczne odwzorowanie głuchego łoskotu i/lub sygnał dźwiękowy
świadczący o upadku, względnie powaleniu przeciwnika na łopatki].



 



 



Dziś wiem już na
pewno, że Szczepan Kopyt to piękny okaz w rezerwacie poezji współczesnej.
Charakteryzuje go jaskrawe umaszczenie ‘neologistyczne’, giętki język,
przeszywająca ironia i gra z wszelkimi znanymi i nieznanymi regułami semantyki.
Autor Buch’u/a jest tak prześmiewczy,
że sprawia wrażenie zamkniętego na wszelkie inne wartości, niż te, które zdaje
się wyznawać w swojej poezji od zawsze. Jest to jednak komplement, bo kto wie,
czy zjawisko ‘kopytyzmu’ byłoby bez tej dekoracyjnej, skrajnej postawy artysty
tak mocne i [przynajmniej w obrębie Wielkopolski] wszechobecne. Gdyby Kopyt nie
pisał po ‘kopytowemu’, jego wiersze [jako całość] kompletnie by się rozsypały. To
świeżość i niepokorność właśnie tworzą tę unikatową aurę wyluzowania i lekkiego,
studenckiego rozleniwienia, tak cenną w najnowszym, ale też we wszystkich
innych dziełach poety. Bez tej szczypty nonszalancji teksty w Buch’u byłyby przeciętne, wydumane i w
najlepszym razie poprawne.



Powracając do
wspomnianej już korespondencji sztuk... Płyta dołączona do tomiku, po kilku
przesłuchaniach okazuje się być gwoździem programu. Świetna muzycznie, oświetla
i rumieni wiersze, które zaskakująco dobrze wpasowują się w bycie tekstami
piosenek. Różnorodna i imponująca muzycznie, jak [miejscami oldskulowe],
wielokolorowe targowisko w najlepszym gatunku. Bardzo prawdopodobne, że bez tego
krążka tomik nie okazałby się aż tak udanym wydarzeniem kulturalnym.



Tekst, który
mnie powalił: Unio physica.



Obraz wielkiego
rozczarowania, czajenia się w, a może obok rzeczywistości, bez możliwości
wyczucia jej fundamentów, odnalezienia się w niej, zajęcia właściwego miejsca. Strach [faktycznie] trzyma nas za jaja. Ani Kopyt od niego nie ucieknie swoimi ‘yo’ i ‘ech’,
ani ja z moją zgryźliwą krytyką, niestety.













[1] [czyli:] Heft, Lektüre, Schinken, Schmöker , Titel. [w:]
http://pl.bab.la/slownik/niemiecki-polski/buch



 







[2] Mowa tu o
charakterystycznej czcionce sygnującej markę Coca-Cola, wykorzystanej na okładce, oraz o logo BP [British
Petrol], Shell i Nike
, w które opatrzone są strony tytułowe i płyta.







[3] Definicja autorki, ukuta
na potrzeby tekstu.







[4] On też jest naprodukowanym humanistą, bywa na fejsie i produkuje płyty. [z wierszy poety]





eCzas Kultury

Teatr jest rozrywką (?)


Link 18.10.2011 :: 20:53 Komentuj (0)


Widzowie nie lubią czuć presji. Nie chcą mieć moralniaka. Nie przepadają za głębokimi rozważaniami. Dlatego Lifanow wyreżyserował ‘Samobójcę' Erdmana

Tytułowego samobójcę widzimy po raz pierwszy, kiedy zakopany po uszy w piernatach kategorycznie żąda od swojej żony przegotowania mu na poczekaniu nocnej przekąski. Podsiekalnikow (Piotr B. Dąbrowski) nie wygląda bynajmniej na rozdartego egzystencjalną rozpaczą desperata. Właściwie w ogóle nie wygląda na człowieka zdecydowanego. A zwłaszcza gotowego na radykalne kroki w typie targnięcia się na własne życie. Po małżeńskiej sprzeczce, lekko wzburzony wychodzi z domu. W piżamie. Bez spodni. Ot, sytuacja, jakich wiele.

Dlaczego więc żona (w tej roli ekspresyjna Ewa Szumska) wraz z teściową (Teresa Kwiatkowska) zaczynają się bać o zdrowie i życie swojego kochanego mężczyzny? Tego nie wiemy, jednak efekt ‘śnieżnej kuli’ z minuty na minutę zdaje się być coraz bardziej widoczny. Akcja przyspiesza, zza kulis wyłaniają się kolejne, barwne postaci, tworzące razem dziwaczny, drapieżny korowód sępów, czekających (z bardzo różnych powodów) na śmierć Podsiekalnikowa. Tym groźniejsi się wydają, im nachalniej sugerują mężczyźnie jak najszybsze odebranie sobie życia. Polecają zrobić to w służbie ‘wyższej idei’, miłości, wiary, oraz ‘tak ogólnie’, ponieważ skoro już się rzekło, że Podsiekalnikow się zabił [plotki wyprzedziły samo zdarzenie], to kobyłka u płota, nie ma wyjścia, wypada to w końcu zrobić.

Widza wciąga ta historia, śmieszą gagi (zarówno te słowne, jak i sytuacyjne), jest ciekaw zakończenia, jest tak silnie zainteresowany, że właściwie sam nie wie, dlaczego młody mężczyzna chce się zabić (powody przedstawione przez samego zainteresowanego nie należą do przekonywających) i nie poddaje pod wątpliwość tego, czy w ogóle ma taki zamiar, czy nie. Po prostu, samobójca jest samobójcą i kropka.

Tu wypada (o)powiedzieć, na czym polega magia spektaklu. Na tym właśnie, że dla części publiki ta ‘kropka po wyrazie samobójca’ jest świetnie widoczna, a dla reszty w ogóle jej nie ma. Wybierając i inscenizując ten akurat dramat, Lifanow chce pokazać swojemu widzowi więcej, niż zwykłą komedię, sprawnie zagraną przez zespół Teatru Polskiego. Uwypukla on najpaskudniejsze ludzkie wady, zestawia je wszystkie razem i tworzy z nich barwny collage - tak ujmujący (jednak!) i wdzięczny, że nie sposób opanować chichotu tym mniej uzasadnionego, że towarzyszy mu niezbite przeświadczenie, że śmiejemy się z samych siebie.

Nie ma więc presji, nikt nas nie zmusił do płaczu. Świetnie się bawimy oglądając [dobrego, bo naturalnego] Dąbrowskiego, otoczonego stadem chciwych pajaców. Rozgrzeszamy się z łatwością i wychodzimy zadowoleni. Nic ponadto./?


Dziennik Teatralny



recenzja spektaklu 'Trup' z Teatru Polskiego w Poznaniu, wersja nieocenzurowana.


Link 24.10.2011 :: 20:15 Komentuj (0)



Z siebie się śmiejecie, kretyni.



 



 



Głupi ten spektakl, nie podoba mi
się, ale zostanę, bo jestem ciekawa zakończenia.
Takimi słowami określiła w
przerwie swoje przeżycia leciwa dama, wyglądająca raczej na widza niedzielnego.
Czym była zniesmaczona i czego oczekiwała? To się już nie okaże, jednak można z
całą precyzją wymienić rzeczy, których nie zauważyła i opowiedzieć o nich tak,
jak powinny zostać odebrane.



 



W opisie spektaklu,
zaproponowanym przez skromny zasób tekstów źródłowych pojawia się hasło ‘czarna
komedia’ i być może sam dramat faktycznie nią jest, jednak w rękach Pawła
Szkotaka zmienił się, przeobraził całkowicie w zindywidualizowaną projekcję
niepokojów, obsesji i gorączkowych pragnień, które nigdy nie zostaną spełnione.
Właściwie to, co widzimy na scenie nie ma nic wspólnego z komedią, więc z czego
się śmieją pod nosem niedzielne damy?



 



Fabuła jest bardzo prosta: na
zadupie przyjeżdża gwiazda telewizyjna, wyciąga rękę [z milionem dolarów] do młodego
everymena, który w zamian za otrzymane
wynagrodzenie, musi [w twardo wyznaczonych ramach czasowych] popełnić
samobójstwo. Sposób w jaki to zrobi, wybrany zostanie przez telewidzów, którzy
wraz z głupawymi członkami ekipy technicznej mają wgląd w każde działanie
bohatera. Eldon Phelps [w tej roli porażający Łukasz Chrzuszcz] faktycznie
umiera, zastrzelony przez Ginę Yaweth [wspaniała Ewa Szumska]. Dużo gagów [dla
podlizania się mało wyrafinowanej publice, a tym samym zagwarantowania sukcesu
scenicznego], ogromny potencjał intelektualny, artystyczny i emocjonalny,
wyciśnięty przez Szkotaka do ostatniej kropli. Arcydzieło.



 



Tak się jakoś zawsze składa, że
spektakle reżyserowane przez dyrektora Teatru Polskiego są naznaczone bólem i
obawami, ale nie widzi się tego, przychodząc do teatru się rozerwać, albo ‘bo wypada
się czasem odchamić’. Zatem można stwierdzić, że Szkotak kreuje obrazy
dwutorowe, które zaspokoją oczekiwania wszystkich widzów. W tym przypadku
podział jest prosty: ci głupi chichoczą z dowcipnych dialogów, a ci mądrzy na
przemian dostępują któregoś wariantu katharsis [o ile katharsis ma w ogóle
różne opcje] i litują się nad tymi głupimi, myśląc ‘z siebie się śmiejecie,
kretyni’. Jest to prawda, ponieważ właściwy spektakl toczy się na widowni.
Przekraczając próg teatru, dobrowolnie przystępujemy do eksperymentu, polegającego
na wcieleniu nas do okrutnego reality show. Niewiele czasu trzeba, żebyśmy
poczuli się jakbyśmy siedzieli przed telewizorem. Czujemy, że mamy władzę nad
tym, co się dzieje na scenie. Możemy przecież głosować.



Efekt potęgowany jest w przerwie,
kiedy otrzymujemy kupon, na którym należy zaznaczyć ulubioną opcję śmierci
Eldona i wrzucić karteczkę do urny. To jest moment, w którym mądry widz myśli,
że to upiorne, decydować o śmierci w taki sposób, w jaki wybiera się władze
państwowe, albo bierze udział w losowaniu bonów zakupowych w hipermarkecie. ‘Chyba
nie powinno tak być, czuję się jak część tego spektaklu/programu’.



 



Później, dla mądrego widza jest
tylko gorzej. W szklistych oczach Chrzuszcza widzi wszystko, co sam przeżywa i
co mógłby przeżywać, gdyby dowiedział się, że to ostatni tydzień jego życia.
Eldon chce pogodzić się z rodziną, odzyskać dziewczynę, obdarować wszystkich,
których kocha, potrzebuje wzajemności, bliskości instant i świadomości, że end
jednak będzie happy, bo uda mu się dojść do ładu ze wszystkim co spieprzył do
tej pory. Nie udaje się. Bohater zagłusza porażki ciężkimi baletami z dwoma
kurewkami. W Disneylandzie. [Niesamowita, kipiąca symbolami estetyka. Świńskie
maski, fioletowa pościel, w sam raz dla szaleńca, hałas, smutek]. Wtedy jego
szanse na bezbolesne odejście we śnie spadają, bo głosujące niedzielne damy nie
przepadają za imprezowiczami.



Potem Eldon próbuje na coś się
przydać w szpitalu dziecięcym, wycofać się z programu, oddać pieniądze, zerwać
umowę, wpłacić wszystko na konto jakiejkolwiek organizacji charytatywnej,
zrobić cokolwiek, wykupić się z tego paktu.



 



Nikt nie chce jego ‘krwawych’
pieniędzy, matka, brat i ukochana Christie nie przyjmują samochodów, które od
niego dostali. Zostaje całkiem sam, z miodowymi bułeczkami, które przynosi mu
dziewczyna, a które kojarzą mu się z dzieciństwem.



 



 



I mówi, że nie lubił wstawać w
poniedziałki, dlatego go wywalili z pracy w sklepie, ale że teraz trochę żałuje,
że jutro nie wstanie.



 



 



Porażające, poruszające,
wstrząsające do głębi. W spektaklu Szkotaka nie ma ani szczypty patosu, ani
odrobiny teatralnego przegięcia, hiperbolizacji uczuciowości. Jest tylko
uczciwość i prawda. I opowiadanie półgłosem o zawiedzionych oczekiwaniach,
które nie spełniają się nawet, kiedy zbliżamy się do końca naszej historii, o
ludziach, którzy łamią nas, nie chcąc nas słuchać i przyjąć wszystkiego, co
chcemy im dać, o potrzebie kolekcjonowania szczęśliwych wspomnień, która budzi
się w ostatnim momencie, o tym, że pozwalamy wchodzić z butami w nasze
cierpienie, które jest najintymniejszą z prywatnych spraw, aż wreszcie o tym,
że śmierć jest nieunikniona i nieważne jak będziemy się o nią ocierać w
codzienności; czy będzie to rozjechany kot, czy reportaż wojenny; i jak bardzo
się do jej nieuchronności przyzwyczaimy, śmierć nam się zdarzy.



 



Depresyjność, oczywista samotność
zawsze i we wszystkich możliwych konfiguracjach. Metaforyka budowana przez
hiperrealistyczny język dosłowności [tak wielka dosłowność, która nie może
zostać zrozumiana dosłownie], niezjedzone bułeczki, fizycznie bolesne
przeciekanie ostatnich chwil, marzenia niespełnione, Eldon- papierek lakmusowy
współczesności.



Śmiertelnie [!] poważna komedia.



Załóż bloga

Archiwum

2020
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl