krytykakultury at ownlog '06

recenzja spektaklu 'Trup' z Teatru Polskiego w Poznaniu, wersja nieocenzurowana.


Link 24.10.2011 :: 20:15 Komentuj (0)



Z siebie się śmiejecie, kretyni.



 



 



Głupi ten spektakl, nie podoba mi
się, ale zostanę, bo jestem ciekawa zakończenia.
Takimi słowami określiła w
przerwie swoje przeżycia leciwa dama, wyglądająca raczej na widza niedzielnego.
Czym była zniesmaczona i czego oczekiwała? To się już nie okaże, jednak można z
całą precyzją wymienić rzeczy, których nie zauważyła i opowiedzieć o nich tak,
jak powinny zostać odebrane.



 



W opisie spektaklu,
zaproponowanym przez skromny zasób tekstów źródłowych pojawia się hasło ‘czarna
komedia’ i być może sam dramat faktycznie nią jest, jednak w rękach Pawła
Szkotaka zmienił się, przeobraził całkowicie w zindywidualizowaną projekcję
niepokojów, obsesji i gorączkowych pragnień, które nigdy nie zostaną spełnione.
Właściwie to, co widzimy na scenie nie ma nic wspólnego z komedią, więc z czego
się śmieją pod nosem niedzielne damy?



 



Fabuła jest bardzo prosta: na
zadupie przyjeżdża gwiazda telewizyjna, wyciąga rękę [z milionem dolarów] do młodego
everymena, który w zamian za otrzymane
wynagrodzenie, musi [w twardo wyznaczonych ramach czasowych] popełnić
samobójstwo. Sposób w jaki to zrobi, wybrany zostanie przez telewidzów, którzy
wraz z głupawymi członkami ekipy technicznej mają wgląd w każde działanie
bohatera. Eldon Phelps [w tej roli porażający Łukasz Chrzuszcz] faktycznie
umiera, zastrzelony przez Ginę Yaweth [wspaniała Ewa Szumska]. Dużo gagów [dla
podlizania się mało wyrafinowanej publice, a tym samym zagwarantowania sukcesu
scenicznego], ogromny potencjał intelektualny, artystyczny i emocjonalny,
wyciśnięty przez Szkotaka do ostatniej kropli. Arcydzieło.



 



Tak się jakoś zawsze składa, że
spektakle reżyserowane przez dyrektora Teatru Polskiego są naznaczone bólem i
obawami, ale nie widzi się tego, przychodząc do teatru się rozerwać, albo ‘bo wypada
się czasem odchamić’. Zatem można stwierdzić, że Szkotak kreuje obrazy
dwutorowe, które zaspokoją oczekiwania wszystkich widzów. W tym przypadku
podział jest prosty: ci głupi chichoczą z dowcipnych dialogów, a ci mądrzy na
przemian dostępują któregoś wariantu katharsis [o ile katharsis ma w ogóle
różne opcje] i litują się nad tymi głupimi, myśląc ‘z siebie się śmiejecie,
kretyni’. Jest to prawda, ponieważ właściwy spektakl toczy się na widowni.
Przekraczając próg teatru, dobrowolnie przystępujemy do eksperymentu, polegającego
na wcieleniu nas do okrutnego reality show. Niewiele czasu trzeba, żebyśmy
poczuli się jakbyśmy siedzieli przed telewizorem. Czujemy, że mamy władzę nad
tym, co się dzieje na scenie. Możemy przecież głosować.



Efekt potęgowany jest w przerwie,
kiedy otrzymujemy kupon, na którym należy zaznaczyć ulubioną opcję śmierci
Eldona i wrzucić karteczkę do urny. To jest moment, w którym mądry widz myśli,
że to upiorne, decydować o śmierci w taki sposób, w jaki wybiera się władze
państwowe, albo bierze udział w losowaniu bonów zakupowych w hipermarkecie. ‘Chyba
nie powinno tak być, czuję się jak część tego spektaklu/programu’.



 



Później, dla mądrego widza jest
tylko gorzej. W szklistych oczach Chrzuszcza widzi wszystko, co sam przeżywa i
co mógłby przeżywać, gdyby dowiedział się, że to ostatni tydzień jego życia.
Eldon chce pogodzić się z rodziną, odzyskać dziewczynę, obdarować wszystkich,
których kocha, potrzebuje wzajemności, bliskości instant i świadomości, że end
jednak będzie happy, bo uda mu się dojść do ładu ze wszystkim co spieprzył do
tej pory. Nie udaje się. Bohater zagłusza porażki ciężkimi baletami z dwoma
kurewkami. W Disneylandzie. [Niesamowita, kipiąca symbolami estetyka. Świńskie
maski, fioletowa pościel, w sam raz dla szaleńca, hałas, smutek]. Wtedy jego
szanse na bezbolesne odejście we śnie spadają, bo głosujące niedzielne damy nie
przepadają za imprezowiczami.



Potem Eldon próbuje na coś się
przydać w szpitalu dziecięcym, wycofać się z programu, oddać pieniądze, zerwać
umowę, wpłacić wszystko na konto jakiejkolwiek organizacji charytatywnej,
zrobić cokolwiek, wykupić się z tego paktu.



 



Nikt nie chce jego ‘krwawych’
pieniędzy, matka, brat i ukochana Christie nie przyjmują samochodów, które od
niego dostali. Zostaje całkiem sam, z miodowymi bułeczkami, które przynosi mu
dziewczyna, a które kojarzą mu się z dzieciństwem.



 



 



I mówi, że nie lubił wstawać w
poniedziałki, dlatego go wywalili z pracy w sklepie, ale że teraz trochę żałuje,
że jutro nie wstanie.



 



 



Porażające, poruszające,
wstrząsające do głębi. W spektaklu Szkotaka nie ma ani szczypty patosu, ani
odrobiny teatralnego przegięcia, hiperbolizacji uczuciowości. Jest tylko
uczciwość i prawda. I opowiadanie półgłosem o zawiedzionych oczekiwaniach,
które nie spełniają się nawet, kiedy zbliżamy się do końca naszej historii, o
ludziach, którzy łamią nas, nie chcąc nas słuchać i przyjąć wszystkiego, co
chcemy im dać, o potrzebie kolekcjonowania szczęśliwych wspomnień, która budzi
się w ostatnim momencie, o tym, że pozwalamy wchodzić z butami w nasze
cierpienie, które jest najintymniejszą z prywatnych spraw, aż wreszcie o tym,
że śmierć jest nieunikniona i nieważne jak będziemy się o nią ocierać w
codzienności; czy będzie to rozjechany kot, czy reportaż wojenny; i jak bardzo
się do jej nieuchronności przyzwyczaimy, śmierć nam się zdarzy.



 



Depresyjność, oczywista samotność
zawsze i we wszystkich możliwych konfiguracjach. Metaforyka budowana przez
hiperrealistyczny język dosłowności [tak wielka dosłowność, która nie może
zostać zrozumiana dosłownie], niezjedzone bułeczki, fizycznie bolesne
przeciekanie ostatnich chwil, marzenia niespełnione, Eldon- papierek lakmusowy
współczesności.



Śmiertelnie [!] poważna komedia.



Teatr jest rozrywką (?)


Link 18.10.2011 :: 20:53 Komentuj (0)


Widzowie nie lubią czuć presji. Nie chcą mieć moralniaka. Nie przepadają za głębokimi rozważaniami. Dlatego Lifanow wyreżyserował ‘Samobójcę' Erdmana

Tytułowego samobójcę widzimy po raz pierwszy, kiedy zakopany po uszy w piernatach kategorycznie żąda od swojej żony przegotowania mu na poczekaniu nocnej przekąski. Podsiekalnikow (Piotr B. Dąbrowski) nie wygląda bynajmniej na rozdartego egzystencjalną rozpaczą desperata. Właściwie w ogóle nie wygląda na człowieka zdecydowanego. A zwłaszcza gotowego na radykalne kroki w typie targnięcia się na własne życie. Po małżeńskiej sprzeczce, lekko wzburzony wychodzi z domu. W piżamie. Bez spodni. Ot, sytuacja, jakich wiele.

Dlaczego więc żona (w tej roli ekspresyjna Ewa Szumska) wraz z teściową (Teresa Kwiatkowska) zaczynają się bać o zdrowie i życie swojego kochanego mężczyzny? Tego nie wiemy, jednak efekt ‘śnieżnej kuli’ z minuty na minutę zdaje się być coraz bardziej widoczny. Akcja przyspiesza, zza kulis wyłaniają się kolejne, barwne postaci, tworzące razem dziwaczny, drapieżny korowód sępów, czekających (z bardzo różnych powodów) na śmierć Podsiekalnikowa. Tym groźniejsi się wydają, im nachalniej sugerują mężczyźnie jak najszybsze odebranie sobie życia. Polecają zrobić to w służbie ‘wyższej idei’, miłości, wiary, oraz ‘tak ogólnie’, ponieważ skoro już się rzekło, że Podsiekalnikow się zabił [plotki wyprzedziły samo zdarzenie], to kobyłka u płota, nie ma wyjścia, wypada to w końcu zrobić.

Widza wciąga ta historia, śmieszą gagi (zarówno te słowne, jak i sytuacyjne), jest ciekaw zakończenia, jest tak silnie zainteresowany, że właściwie sam nie wie, dlaczego młody mężczyzna chce się zabić (powody przedstawione przez samego zainteresowanego nie należą do przekonywających) i nie poddaje pod wątpliwość tego, czy w ogóle ma taki zamiar, czy nie. Po prostu, samobójca jest samobójcą i kropka.

Tu wypada (o)powiedzieć, na czym polega magia spektaklu. Na tym właśnie, że dla części publiki ta ‘kropka po wyrazie samobójca’ jest świetnie widoczna, a dla reszty w ogóle jej nie ma. Wybierając i inscenizując ten akurat dramat, Lifanow chce pokazać swojemu widzowi więcej, niż zwykłą komedię, sprawnie zagraną przez zespół Teatru Polskiego. Uwypukla on najpaskudniejsze ludzkie wady, zestawia je wszystkie razem i tworzy z nich barwny collage - tak ujmujący (jednak!) i wdzięczny, że nie sposób opanować chichotu tym mniej uzasadnionego, że towarzyszy mu niezbite przeświadczenie, że śmiejemy się z samych siebie.

Nie ma więc presji, nikt nas nie zmusił do płaczu. Świetnie się bawimy oglądając [dobrego, bo naturalnego] Dąbrowskiego, otoczonego stadem chciwych pajaców. Rozgrzeszamy się z łatwością i wychodzimy zadowoleni. Nic ponadto./?


Dziennik Teatralny



druga recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w eCzasie Kultury


Link 12.10.2011 :: 22:14 Komentuj (0)



Trzy światy trójtytułu, czyli Buch Szczepana Kopyta.



 



Wyzwolony, choć przecież nie do końca wolny, odkrywczy, ale zaledwie po
raz kolejny, nieprzystępny, ale tylko bez klucza. Buch i jest- nowy tomik.



Ta książka mogłaby się nie zdarzyć. Autor mógłby przecież uznać, że już
nic w poezji odkryć nie może [ choć nie wiadomo do końca, czy to właśnie
odkrywanie i przecieranie ścieżek jest głównym założeniem jego pisarstwa] i że
lepiej chyba zająć się prozą, albo krytyką, albo muzyką, albo czymkolwiek
innym, jak na multitalent przystało. Jednak Kopyt popełnił ten, całkiem dobry
zbiorek. Całkiem dobry, czyli nie genialny, ale raczej zjadliwy [jako
‘jadalny’, ale również jako ‘wyrażający niezadowolenie’]. Dlaczego tylko tyle?



 



Tytuł 1             Buch [das][1]-czyli ‘książka’.



 



Żyjemy w czasach, w których książka
nie jest już tylko książką. Dziś zmienia się ona raczej w zjawisko medialne,
dziwny twór, który wykracza daleko poza zwyczajowe ramy swojej dotychczasowej
formy. Można podążać za tą tendencją i ochoczo przyklaskiwać wszelkim szalonym
pomysłom wydawniczym, ale można też trzymać się konserwatywnej, sprawdzonej
przez stulecia postaci słowa pisanego. Kopyt, jako, że jest artystą ‘współczesnym’,
decyduje się oczywiście na pierwsze rozwiązanie. Jednym z zabiegów nadbudowanych
jest dołączenie do tomiku świetnej płyty współtworzonej z Piotrem Kowalskim
[ale o tym za chwilę], drugim natomiast jest skonstruowanie warstwy wizualnej
na sławnych znakach graficznych, rozpoznawalnych nawet bez stosownej adnotacji.[2]  Trzecim chwytem, zbliżającym [rzekomo!] poetę
do różnorodnej i kapryśnej materii kultury ogólnej, są pożyczki. Kopyt pożycza
tytuły, obiegowe powiedzonka, swoiste sformułowania, świetnie rozpoznawalne
przez większość użytkowników mowy potocznej, lecz mimo, że wplata je w swoje
teksty bardzo sprawnie, samo ich wykorzystanie nie wychodzi wierszom na dobre,
ponieważ tracą autentyczność [!]. Od czasu udanego debiutu, Szczepanowi
Kopytowi udało się wytworzyć własny język poetycki. Niebanalny, gustowny i
pociągający. Jest to system misternie dopracowany i każda próba wszczepienia weń
nawet najmniejszego ciała obcego, owocuje nadwątleniem precyzyjnej struktury
materii językowej, a tym samym rozproszeniem czytelnika i obniżeniem wartości
tekstu. Przykuć ponownie uwagę mają ‘zwroty do adresata’, czyli irytująca
maniera epistolarna, której namiętne użycie wieńczy wiersz o tytule Inwokacja [!]. Jako odbiorca mogę z całą
pewnością stwierdzić, że czuję się równie poruszona i wstrząśnięta tekstem
również wtedy, kiedy autor nie zwraca się do mnie w trybie rozkazującym.



 



 



Tytuł 2             Buch
[porcja dymu pobierana z tlącego się źródła. Najczęściej dotyczy skręta, ale
może też odnosić się do papierosa][3] – czyli wolność i
ideologia.



 



Świętym [a może
i najświętszym] prawem artysty, jest prawo do kreacji. A jeszcze świętszym niż
najświętsze, okazuje się być to prawo, właśnie dla poety. Kopyt z niego
skwapliwie korzysta. Próbując odwzorować papkowatą rzeczywistość postmoderny,
tworzy pstry, ponury świat. Oplata rzeczywistość swoim punktem widzenia,
umieszczonym zawsze wyżej i zawsze lepiej. A jednocześnie, mimo bardzo mocno
zarysowanej opozycji ‘ja vs. świat’, nie tworzy wierszy egoistycznych. Zdawać
by się mogło, że najważniejszym celem, przyświecającym młodemu poecie przy
realizacji tomiku, jest chęć podzielenia się swoją czarną wizją rzeczywistości.
Podmiot liryczny jest w jego tekstach kimś, na kształt [dość irytującego]
kapłana, który wytyka współlokatorom konsumpcyjnego świata wszystkie błędy [sam
przecież również je popełniając[4]].
Zatem tym razem młody poeta proponuje czytelnikowi wniknięcie w swój
mikrokosmos. W ‘swój świat równoległy’, stworzony na subiektywny obraz i
podobieństwo gigantycznego tygla XXI wieku, na którego podstawowe założenia autor
nie wyraża zgody. Dobrobyt zasługuje na karę. Jedyną formą bogactwa, której
przyklaskuje autor, jest zamożność li i jedynie intelektualna. Kopyt jest jak
guru na jasnej łące, której nie pokrywają cienie chmur składających się z ropy, dniówek i władzy. Gdybym
chciała się dalej czepiać, napisałabym, że bunt stał się wizytówką poety i że
właściwie… ‘o czym by on pisał, gdyby nie pisał o tym, że nie chce pisać i żyć
pod publiczkę [bo jest zbuntowany!]’. Gdybym dalej szukała dziury w całym,
wychwyciłabym pewnie też, że bunt, to prawdziwy konik Szczepana Kopyta. Konik,
albo nawet wierna, często odwiedzana rzeka, która nie chce go od lat opuścić,
albo raczej, to on nie ma najmniejszego zamiaru z niej wyjść. Jeślibym wierciła
jeszcze głębszą dziurę w poezji młodego poznaniaka, napisałabym pewnie, że
Kopyt ‘sadzi się’ na wszystkie zjawiska kultury popularnej, które akurat znajdują
się w zasięgu jego wzroku, [czy może lepiej, ‘pióra’], zdając sobie
jednocześnie sprawę z faktu swojego uczestnictwa w mainstreamowym wyścigu. ‘No sorry!’...



 



 



Tytuł 3             Buch
[jako onomatopeiczne odwzorowanie głuchego łoskotu i/lub sygnał dźwiękowy
świadczący o upadku, względnie powaleniu przeciwnika na łopatki].



 



 



Dziś wiem już na
pewno, że Szczepan Kopyt to piękny okaz w rezerwacie poezji współczesnej.
Charakteryzuje go jaskrawe umaszczenie ‘neologistyczne’, giętki język,
przeszywająca ironia i gra z wszelkimi znanymi i nieznanymi regułami semantyki.
Autor Buch’u/a jest tak prześmiewczy,
że sprawia wrażenie zamkniętego na wszelkie inne wartości, niż te, które zdaje
się wyznawać w swojej poezji od zawsze. Jest to jednak komplement, bo kto wie,
czy zjawisko ‘kopytyzmu’ byłoby bez tej dekoracyjnej, skrajnej postawy artysty
tak mocne i [przynajmniej w obrębie Wielkopolski] wszechobecne. Gdyby Kopyt nie
pisał po ‘kopytowemu’, jego wiersze [jako całość] kompletnie by się rozsypały. To
świeżość i niepokorność właśnie tworzą tę unikatową aurę wyluzowania i lekkiego,
studenckiego rozleniwienia, tak cenną w najnowszym, ale też we wszystkich
innych dziełach poety. Bez tej szczypty nonszalancji teksty w Buch’u byłyby przeciętne, wydumane i w
najlepszym razie poprawne.



Powracając do
wspomnianej już korespondencji sztuk... Płyta dołączona do tomiku, po kilku
przesłuchaniach okazuje się być gwoździem programu. Świetna muzycznie, oświetla
i rumieni wiersze, które zaskakująco dobrze wpasowują się w bycie tekstami
piosenek. Różnorodna i imponująca muzycznie, jak [miejscami oldskulowe],
wielokolorowe targowisko w najlepszym gatunku. Bardzo prawdopodobne, że bez tego
krążka tomik nie okazałby się aż tak udanym wydarzeniem kulturalnym.



Tekst, który
mnie powalił: Unio physica.



Obraz wielkiego
rozczarowania, czajenia się w, a może obok rzeczywistości, bez możliwości
wyczucia jej fundamentów, odnalezienia się w niej, zajęcia właściwego miejsca. Strach [faktycznie] trzyma nas za jaja. Ani Kopyt od niego nie ucieknie swoimi ‘yo’ i ‘ech’,
ani ja z moją zgryźliwą krytyką, niestety.













[1] [czyli:] Heft, Lektüre, Schinken, Schmöker , Titel. [w:]
http://pl.bab.la/slownik/niemiecki-polski/buch



 







[2] Mowa tu o
charakterystycznej czcionce sygnującej markę Coca-Cola, wykorzystanej na okładce, oraz o logo BP [British
Petrol], Shell i Nike
, w które opatrzone są strony tytułowe i płyta.







[3] Definicja autorki, ukuta
na potrzeby tekstu.







[4] On też jest naprodukowanym humanistą, bywa na fejsie i produkuje płyty. [z wierszy poety]





eCzas Kultury

Ludzkie oblicze Teatru, czyli tańsze bilety dla ubogich z Jeżyc


Link 12.10.2011 :: 22:09 Komentuj (1)
Ludzkie oblicze Teatru, czyli tańsze bilety dla ubogich z Jeżyc

Takie właśnie, zaskakujące hasła podgrzały nieco atmosferę wtorkowej (4 października) konferencji prasowej w Teatrze Nowym w Poznaniu. Powołany na początku września na stanowisko dyrektora naczelnego Piotr Kruszczyński obiecuje bardzo wiele, jednak czy faktycznie uda mu się zrealizować wszystkie, gęsto umieszczone w programie artystycznym 2011/2012, projekty?

Od samego początku spotkania, dyrektor bardzo mocno akcentował potrzebę odmłodzenia wizerunku Teatru Nowego. Stać ma się to m.in. za sprawą cyklu otwartych prób o wspólnym tytule "Nowe dramaty", a także projektu edukacyjnego "Nowi w Nowym", proponowanego na zakończenie sezonu. Oprócz liftingu artystycznego, czeka nas również wzmocnienie kadry aktorskiej dwoma nowymi nazwiskami. Mowa o śpiewającej aktorce, Dorocie Abbe zaproszonej do Poznania z Wrocławia oraz Mariuszu Zaniewskim, do tej pory współpracującym z warszawskim Teatrem Wytwórnia.

-W tym sezonie zależy nam na komunikatywności, mówi Kruszczyński, nie będziemy przeprowadzać rewolucji w zespole, nie chcemy, żeby widz czuł się jak mały człowiek, wchodzący przez wielkie drzwi do wielkiej instytucji [mowa tu o faktycznie ogromnych wrotach, prowadzących na widownię Dużej Sceny]. Te dość nieprecyzyjne założenia mają zostać wprowadzone w życie dzięki wspomnianej już akcji "Spektakle dla wiary z fyrtla", umożliwiającej obcowanie ze sztuką mniej zasobnym mieszkańcom Jeżyc [w tym miejscu trzeba zapytać o to, co ma być miarą statusu finansowego i dlaczego akcja dotyczy akurat Jeżyc, a nie, powiedzmy, Wildy. Na te i inne przytyki dyrektor odpowiedział tylko, że Jeżyce mają pierwszeństwo ze względu na położenie geograficzne].

Mniej wywrotowym projektem będzie pewnie ‘coś dla seniorów’, co [jak sama nazwa wskazuje] nie jest jeszcze nawet w fazie projektów. Najbardziej interesującym tematem, poruszonym na konferencji był grafik premier. Niestety i w tej sprawie dyrektor okazał się być bardzo tajemniczy. Wiemy tylko, że najbliższa premiera ["Obsługiwałem angielskiego króla" w reżyserii Piotra Cieślaka] jest ostatnią zakontraktowaną jeszcze przez poprzednią dyrekcję. Pierwszym spektaklem wybranym już przez Kruszczyńskiego będą "Turyści" w reżyserii Leny Frankiewicz. Przygotujcie się na wczasy all-inclusive, mówi o swojej pierwszej premierze na deskach TN. Może się to okazać dobrym hasłem na cały sezon artystyczny, w którym czekają nas również projekcje, dyskusje, promocja biografii Mariusza Sabiniewicza, warsztaty pod intrygującym tytułem "Molier w glanach…"

Można by wyliczać bez końca, ponieważ co miesiąc ma czekać na widzów teatru jakaś nowość. A czego już na ul. Dąbrowskiego nie zobaczymy? "Burzy", "Lobotomobilu" i "Fausta". Miejmy nadzieję, że wierni i przyzwyczajeni do dawnego oblicza teatru widzowie, docenią zapał nowego dyrektora i przekonają się do wielkich zmian, które im proponuje.

Dziennik Teatralny



Przekaz dyskretny - tragedia w dwóch aktach


Link 12.10.2011 :: 22:08 Komentuj (2)
Przekaz dyskretny - tragedia w dwóch aktach

Samuel Beckett serwuje swoim odbiorcom samotność metafizyczną. Upycha ją w każdą wolną szparkę przestrzeni scenicznej, ale również przemyca ją wprost do głowy obserwatora. Ani się [widz] obejrzy, a już cierpnie mu skóra, od tego dziwnego lęku, który każdy z nas czuje, kiedy okazuje się, że nie ma już nic do zrobienia.

Akt I

Powierzchnia ziemi porosłej spaloną słońcem trawą, z wybrzuszeniem pośrodku w kształcie małego kopca. Zbocza z lewej, z prawej i z przodu opadają łagodnie. Z tyłu - stromo […]. Maksymalna prostota i symetria. Rażące światło.(1) Tak Beckett wyobraził sobie w 1961 roku miejsce idealne do odegrania "Szczęśliwych dni" - tragedii nieoczywistej. Koncepcja jest prosta, sprawdza się do dziś: widz wprost z zatłoczonej, tętniącej życiem ulicy, wessany zostaje do świata, który jest inny niż wszystkie miejsca, w których znajdował się do tej pory. Wiadomo, że jest to odludzie, powleczone przez większość dnia warstwą morderczego upału. Wiadomo też, że nie ma tam roślin, zwierząt, domów, … nie ma nic, co mogłoby rozproszyć widza i utrudnić mu bolesną konfrontację…[*1] Wszczepieni w chłodny, cichy kosmos wyobraźni noblisty, obserwujemy starzejącą się kobietę, tkwiącą po pas w piaskowo-kamiennym kopcu [*2]. Nieco z tyłu, za dziwaczną fortecą [*3] wyleguje się jej małomówny mąż, smażący swoje łysiejące czoło na słońcu. Willie [Mariusz Puchalski] nie jest zainteresowany rozmową zkobietą, dlatego musi ona sama zająć się płynącym powoli czasem. Winnie jednak się nie skarży. Ma ręce pełne roboty. Puderniczka, parasolka, szminka, szczotka do włosów. Przez cały dzień dba o siebie, prowadząc dialog [w tym momencie widz skłonny jest stwierdzić, że chyba rozmawia ze sobą(2), bo przecież nie z mężem, czytającym od lat [?] tę samą gazetę]. Przez cały dzień czeka na dzwonek [*4] rozpoczynający noc. Wtedy może myśleć z ulgą i zadowoleniem, że to był kolejny szczęśliwy dzień i że to cudowne, że udało się go doprowadzić do końca. Widzowi zdaje się, że wie doskonale, co Beckett chciał osiągnąć. Na jaki efekt liczył, rezygnując z sakramentalnego decorum, na rzecz głębokiego egzystencjalizmu. Widz niemal fizycznie czuje dramat przywiędłej blondynki, zakopanej codziennie coraz głębiej. Wie, że Winnie nie wyjdzie z kopca, nie opuści już pustyni. Współczuje jej. Smuci się, myśląc: ‘to taki życiowy spektakl, mój Boże’…

Akt II

Beckett ukazuje wzniosłość człowieka w jego skrajnym opuszczeniu(3). Jednak jego opuszczenie, to raczej nie to powierzchowne uczucie, które widz ma na myśli oglądając "Szczęśliwe dni". Autor "Czekając na Godota" serwuje swoim odbiorcom samotność metafizyczną. Upycha ją w każdą wolną szparkę przestrzeni scenicznej, ale również przemyca ją wprost do głowy obserwatora. Ani się [widz] obejrzy, a już cierpnie mu skóra, od tego dziwnego lęku, który każdy z nas czuje, kiedy okazuje się, że nie ma już nic do zrobienia. Nagle przestajemy tylko oglądać- stajemy się od nowa, po drugiej stronie. Tak, jakby scena rozciągnęła się i pochłonęła rzędy krzeseł. Jakbyśmy sami na niej grali. Szperamy w torebkach [większość pań ma czarne, podobne do tej, w której właśnie grzebie Winnie], sprawdzamy nerwowo, czy komórka jest na pewno wyłączona, malujemy po omacku usta, uśmiechamy się zdawkowo do towarzysza, żeby nie widział, że się boimy. Beckett wie, że bycie człowiekiem, to tylko efekt jakiejś piekielnej transakcji typu ‘coś za coś’. W zamian za ucywilizowanie dostaliśmy świadomość. Rzeczywistość jest bolesna, kiedy wiemy, że nie czeka nas wieczność przy jej akompaniamencie. Wieczności nie ma, czas się nie cofa, a od pewnego momentu nawet dziwnie przyspiesza. To widać w wilgotnych oczach Winnie [Antonina Choroszy]. To jest ten ból, który zmusza nas codziennie do zmywania naczyń, słania łóżka, karmienia zwierząt domowych, chodzenia na zakupy, do kina, do teatru. Tortura tym dotkliwsza, im lepiej nam to wszystko wychodzi. Zadomowieni w hermetycznym kopcu naszej rzeczywistości, nie chcemy pamiętać, że kiedyś trzeba będzie go opuścić. Wiemy to, ale nie chcemy pamiętać.

Epilog

Właściwie nie trzeba czytać tego wszystkiego, co jest powyżej. Najlepszym opisem spektaklu są cztery pytania:

[*1] Z czym konfrontujemy się naprawdę, patrząc na paniczne rytuały Winnie?
[*2] Dlaczego w ogóle nie dziwi nas widok kobiety, która tkwi w kopcu i ani przez chwilę nie zastanawiamy się, ‘co to ma znaczyć, do licha’?
[*3] Skąd wiemy i czy w ogóle wiemy, że Winnie jest uwięziona?
[*4] Dlaczego dzwonek, budzący i usypiający parę pięćdziesięciolatków na pustyni, wydaje nam się tak znajomy?

Nie ma[m] na nie odpowiedzi. Cały Beckett.

Przypisy:

1 S. Beckett, Szczęśliwe dni, [w:] No właśnie co. Dramaty i proza w przekładzie Antoniego Libery, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.
2 Jednak nadal, z całą pewnością jest to dialog.

3 Z uzasadnienia przyznania Literackiej Nagrody Nobla, źródło: http://noblisci.bnet.pl/61-70/1969/1969.html, data dostępu: 29 września 2011, 21:04.

Dziennik Teatralny



Naprawda według Kierca


Link 20.09.2011 :: 20:38 Komentuj (0)



Do najnowszej książki Bogusława Kierca bardzo trudno przyłożyć
jakikolwiek szablon. Prawie niemożliwym jest określić jednoznacznie jej
gatunek, ale też cel jej powstania. Być może to jedna z tych pozycji, które długo
dojrzewając w umyśle autora, w końcu rodzą się po wielu latach jako ‘dzieła
życia’. Taki właśnie przebieg zdarzeń sugeruje czytelnikowi sam Kierc,
dyskretnie informując, że jest to dla niego samego książka najważniejsza.



 



Biografia duchowa, mistyczna podróż
życia, która jednocześnie jest podróżą przez
życie. Sieciokształtna mozaika z jasnymi punktami centralnymi (nagość, eufonia,
Jezus,…) i mrowiem powiązań pomiędzy nimi. Na ich trasie odbywa się spektakl życiowy
autora- z początku chłopca zafascynowanego zjawiskami niewyjaśnialnie dla niego
pięknymi, potem mężczyzny wrażliwego, czytającego rzeczywistość przez pryzmat
swojej erudycji. Wśród nazwisk, stanowiących nierzadko szkielet danej opowieści
przewijają się znakomitości takie jak: Eliot, Rilke, Szymanowski, Weiss i, aż
dwukrotnie, Wojaczek. Nie sądzę, by subtelna obecność poety i przyjaciela, w
tekście Kierca była przypadkowa. Myślę, że jest to danie upustu ogromnej pasji
i przywiązaniu, pochłaniającym znaczną część życia autora ‘Bazgrołów…’. Część
wierszy zawartych w tomiku po prostu napisana jest Wojaczkiem.



 



Tam gdzie nie ma Wojaczka jest
Bóg. Jest doświadczenie. Są pierwsze starcia z kiełkującą seksualnością, w
postaci penisów, uroczo nieświadomych jeszcze swojego właściwego przeznaczenia.
Jest naprawda, czyli miejsce w
którym wszystko jest prawdziwe. To właśnie świat Kierca-poety. Świat, w którym
religijność jest stanem najwyższego uszczęśliwienia, ale jednocześnie
możliwością do drobiazgowych rozważań, nieraz przełamujących biblijne tabu.
Codzienność artysty przesycona jest boskością, w której unoszą się drżące
płaszczyzny doświadczeń stwarzających go i wprowadzających w kolejne etapy
egzystencji. Wśród nich znajdziemy między innymi miłość, dzielenie się
intymnością, stopniowe przewartościowanie aksjomatów ontologicznych, aż
wreszcie śmiech, zagadkę męskiej urody, taniec i teatr… wszystko razem idealnie
do siebie pasujące, złożone w niekończący się kolorowy łańcuch pojęć, nawiązań,
dygresji i odwołań.



 



Bogusław Kierc jest pisarzem
niezwykle sprawnym. Potrafi opowiadać o zagadnieniach dla siebie
najważniejszych, nie ulegając emocjom, obniżającym przeważnie wartość dzieła.
Do samego końca (mimo, że pisze o sobie), potrafi zachować dystans do przedstawianych
wydarzeń, ludzi i miejsc. Jest dowcipny (swoje rozważania sam określa jako
‘bełkot’) i poetycki jednocześnie. Jego styl jest hermetyczny, niecodziennie
drobiazgowy, pełen tętniących życiem zawirowań. Trudny. Męczący, ale wart
poznania. Potrafi puentować swoje dywagacje z zaskoczenia, w równych odstępach,
zawsze trafnie i celnie. Nie jest nudny. Ta ostatnia cecha wydaje mi się najważniejsza,
a zarazem najmniej oczywista. Każdy, kto choć raz próbował streścić komuś swoje
życie wie doskonale, że wcielenie się w ciekawego bohatera, którego sinusoidy
porażek i sukcesów nie zanudzą słuchacza/ czytelnika na śmierć, jest czymś
niezwykle trudnym. Bogusław Kierc to potrafi. Zmienia samego siebie w bohatera
książkowego, który dryfuje łagodnie po obszarach tekstu, pozbawionych fabuły,
lecz mimo to bardzo interesujących.



 



Takich książek się nie ocenia.
Można je przedstawić, zająć wobec nich stanowisko, które pozostanie jednak
zawsze związane z osobistymi przeżyciami czytelnika.  Nie można jednak wartościować, bo tak naprawdę
nigdy nie będzie się miało racji. Ja ‘Bazgrołów…’ nie czuję. Ale im wierzę. Nie
sprawiło mi przyjemności ich czytanie, ale nie żałuję spotkania z nimi. Nie
kupiłabym tego tomiku przyjaciółce, ale jestem święcie przekonana, że może on
zmienić percepcję świata niejednego odbiorcy. Zmęczyło mnie przebijanie się
przez dżunglę luźnych zapisków, ale są to fragmenty na najwyższym poziomie. Denerwowało
mnie nieprzerwane opowiadanie o Bogu i biblii, ale nie da się ukryć, że to
literacka teologia najwyższej klasy. To chyba najlepsza recenzja: książka
trafiła w ręce osoby o niemal przeciwstawnych gustach i poczuciu estetyki, a
mimo to, została doceniona.

Bogusław Kierc, 'Bazgroły dla składacza modeli latających'

Wydawnictwo FORMA i Stowarzyszenie OFFICYNA, Szczecin 2010



Knoty w liczbie pojedynczej


Link 20.09.2011 :: 20:36 Komentuj (1)



Można recenzję napisać w taki sposób, żeby czytelnik do samego końca
nie miał pewności, czy recenzent jest ‘na tak’, czy zdecydowanie ‘na nie’ w
sprawie opisywanego dzieła. Można też pisać jasno i czytelnie, nie siląc się na
najmniejsze owijanie w bawełnę. Druga sytuacja ma miejsce najczęściej wtedy,
kiedy dzieło jest koszmarnie słabe, a recenzent gotów jest zrezygnować z
kwiecistego stylu tylko po to, żeby ostrzec i uchronić niedoszłych i
potencjalnych czytelników przed zetknięciem się z omawianym gniotem. Można
powiedzieć, że taka recenzja powstaje w służbie ludzkości. Dla dobra ogółu i
przyszłych pokoleń.



 



Tomasz Majzel napisał książkę.
Nie wiadomo, w jakich okolicznościach rozegrała się ta tragedia, ale jedno jest
pewne: ten tomik nie powinien był nigdy powstać. Może nagle w pokoju autora
zjawił się zamaskowany osobnik z ogromnym, nabitym pistoletem i zmusił nieszczęśnika
do rodzenia w bólach miernej prozy, a może stało się coś jeszcze bardziej
dramatycznego… w każdym razie trudno uwierzyć, że ‘Opowiadania w liczbie
pojedynczej’ dostąpiły łaski wydawniczej.



 



Po pierwsze: budowa tomiku. Książeczka składa się z różnorodnej
zbieraniny mikro-opowiadań, kilku wierszy, kawałków tekstu, które trudno przypasować
do jednego gatunku, oraz świetnego posłowia Anny Kapuścińskiej, bijącego klasą,
wyrafinowaniem i lekkością zawartość ‘Opowiadań…’ na głowę. Wydaje się, że z
założenia miał to być nonszalancki collage celnych sentencji, które stanowić
miały jądro dłuższych wypowiedzi. Nie dość jednak długich, by stać się esejami
i zdecydowanie zbyt obszernych, by mogły zostać nazwane aforyzmami. W tej
książce, w nieszczęśliwych węzłach stylistycznych łączy się wszystko:
poetyckość z wulgarnością, banał z przerysowaną metaforą, górnolotny styl
pisania z nieudolnie fabrykowaną grypserą wiejskich penerków. Nie jestem
przekonana, czy z takiej zupy ma prawo wyjść w ogóle coś jadalnego, natomiast w
tym konkretnym przypadku przemieszanie, rozchełstanie, wieczne niedokończenie i
niespodziewane przeskoki merytoryczne i stylistyczne, zaburzające odbiór tekstu,
przyprawiają o mdłości.



 



Po drugie: tematyka. Bardzo trudno mi zrozumieć, jaki cel
przyświecał artyście w pisaniu ‘Opowiadań…’. Jakikolwiek by on jednak nie był,
do opasłej biblioteki książek ‘typowo polskich’ [czyli smutnych, szarych w
swoim kolorycie, a niekiedy okraszonych jakimś małym samobójstwem, albo jeszcze
bardziej po polsku: śmiercią z przepicia] dołączyła teraz następna, też zbędna.
Majzel pisze o beznadziei, powolnej stagnacji emocjonalnej i intelektualnej. O duchowym
utknięciu w koszmarnym, nudnym, pustym życiu. O problemach egzystencjalnych
polskiej wsi, o zbiorowej świadomości końca i o funkcjonowaniu w
rzeczywistości, której nie imają się żadne zmiany. Ta apatia sączy się ze stron
opowiadań jak trucizna. Z każdym następnym akapitem czytelnik coraz bardziej daje
się przekonać, że ludzie są głupi, infantylni, śmieszni i że cokolwiek zrobią,
nie będzie to miało żadnego sensu i znaczenia. Nie próbuję nawet liczyć tego
typu narracji, obecnych już w literaturze, ale niewykluczone, że siedemset
i  pięćdziesiąt prób temu depresyjne
tematy umazane gnojówką, pomieszaną ze łzami już się wyczerpały i każde kolejne
podejście to nietakt i cios w inteligencję czytelnika. Szczęśliwie nie noszę
paska w spodniach, a kuchenny piecyk jest elektryczny.



 



Po trzecie: język/formułowanie myśli. Gdyby ogłoszono plebiscyt na
najbardziej niefortunne wyrażenia [‘duże, nadzwyczaj duże i delikatne…’] i
chybione, wydumane puenty [‘reszty nie trzeba’, ‘dzisiaj bez modlitwy’], Majzel
miałby murowane miejsce na podium. Gdyby ogłoszono jeszcze dogrywkę w kategorii
‘kicz i banał’, autor mógłby ze spokojem stanąć w szranki z Paulo Coelho. W
tych tekstach jest coś drażniącego. Tak samo irytującego jak u autora ’11
minut’, którego dzieła od dawna już funkcjonują w postaci czytadeł z
zatłuszczonymi kartkami, pożyczanymi sobie przez sterane bolesną
rzeczywistością kury domowe. Nie osiągam nirwany przez czytanie durnych
opowiastek Brazylijczyka i nie nawracam się, brnąc w hiperbolicznie
emocjonalne, starannie wyłuskane z wszelkich znamion subtelności dialogi ‘o
życiu’, toczące się mozolnie między ojcem i synem, czy sąsiadami. Ktoś, kto
pisze takie rzeczy, jest niewątpliwie wrażliwy i niewątpliwie nie powinien
zapisywać swoich spostrzeżeń saute, bo tym samym daje świadectwo swojego
nieudolnego warsztatu. Nawet [a może w szczególności!] wzruszenie i czułość,
czyli emocje czyste i czytelne, trzeba umieć ubrać w niebanalny przyodziewek
języka.



 



Dowalając tej książce, dowalam
też sobie, bo lubię obserwować i podsłuchiwać takich ludzi, jakich opisuje
Majzel. Tak samo wzruszają mnie abstrakcyjne cielska wiejskich bab i przygnębiają
skwaśniałe, szarobordowe, zapite twarze i niedomyte ręce. Ale jednak, opisując
ich w tak uproszczony i wkurzająco oczywisty sposób, autor przekracza pewną
granicę. Obdziera prowincjonalny ludek z mistycznego sacrum tęsknego uroku.
Okazuje im zrozumienie, ale jednocześnie przekuwa ich życie w porozrywany,
niedopracowany, słaby tekst. Rzeczywistość na kartach tej książki nie jest
zjawiskowa. Każde zdanie boleśnie tworzy ją od nowa, wykoślawia, paskudzi, tnie
na kawałki. Obraz traci spójność, głębię i wiarygodność. Staje się tępym
landszaftem, kupowanym za dychę na pchlim targu. Ludzie w kształtach
podstawowych brył kryją się gdzieś, na obrzeżach płótna, czekając na deszcz
literatury.



 



 



Tomasz Majzel



‘Opowiadania w liczbie
pojedynczej’



Wyd. Forma, Szczecin, Bezrzecze 2011



Rozbity dzban, Rozbity Kleist.


Link 23.06.2011 :: 01:46 Komentuj (0)


Kampania reklamowa na miarę megaprodukcji, chwytliwy tekst promocyjny, wielkie nadzieje i potworne rozczarowanie. Kilka zdań o jednej z najbardziej wyczekiwanych premier kończącego się sezonu teatralnego w Poznaniu.


1. 'dramat surowy' nie oznacza 'dramat lapidarny'.


Przykro pisać tak ostre słowa pod adresem teatru, który przez wiele lat dostarczał swoim widzom ogromnych wzruszeń i zachwytów. Wystarczy wspomnieć świetną inscenizację 'Burzy' [reż. J. Wiśniewski], czy monodram 'Auteczko', wykonywany i wyreżyserowany przez A. Machalicę. Dzisiejszy wieczór okazał się być całkowitym przeciwieństwem wszystkiego, co piękne i mądre, miało kiedykolwiek miejsce w Teatrze Nowym. 

Dramat surowy, niefinezyjny w warstwie języka, czy mnogości nawiązań nie musi być przecież płytki i prosty. Kleist, pisząc 'Rozbity dzban' nie opowiada wcale historyjki miłosnej, czy pełnej gagów powiastki filozoficznej. Zamiast zdać się na wiosłowanie po meandrach fabuły, daje widzowi precyzyjne narzędzie do wykonania rekonesansu w otaczającej go rzeczywistości. W tym punkcie akurat Wiśniewski ma racje: zmienia się tylko czas, a ohyda tkwiąca w człowieku pozostaje taka sama. To był bardzo dobry trop, który skończył się wraz z kropką w tekście promującym spektakl. Widowisko, odbywające się na scenie, okazuje się być jednak uproszczoną teatralną melodyjką-samograjem. Widownia ryczy ze śmiechu przy fantastycznej grze aktorskiej M. Kropielnickiego, który jednak, [posłuszny wizji reżyserskiej?] kreuje raczej postać nieszkodliwej kanalii i ewidentnej ofiary pecha, niż siedliska 'przeklętych obrazów i straszliwego pożądania' [cytując reżysera]. Gdzie jest to drugie dno? Gdzie subtelna przestroga? Współczesna parabaza? Maski były dziś gębami i niestety nie opadły.


2. Matowa czerń & biel.


Dobrze więc, żegnam nadzieję na konteksty, zagadki, szarady intelektualne i wszelkiej maści zagwostki. Pozostaję na płaszczyźnie odbioru bezpośredniego. Nie sięgam do backgroundu kulturowego. Ponoć w prostocie tkwi siła, a więc z pewnością można przeczytać to przedstawienie jako nietypową rozprawę o moralności. Tak też ją czytam. Tyle, że Wiśniewski ukazuje całkowicie skonwencjonalizowany obraz świata-bez szarej strefy. Istnieją tylko dwa obozy: tych uczciwych, dostających początkowo po nosie, ale ostatecznie pokonujących z przytupem zło i tych podłych, którym [i dosłownie i w przenośni] zaczyna zaciskać się pętla na szyi. Istnieją tylko dwa kolory: czarny i biały, a w dodatku oba są matowe. 


3. Niedokończenia.


Wrażeniem, którego jeszcze długo po wyjściu z teatru nie mogłam się pozbyć, było poczucie nienasycenia i niedokończenia. W tym spektaklu tkwi jakaś zagadkowa, wewnętrzna niespójność. Kostiumy z epoki przeciwstawione są jednemu jedynemu efektowi multimedialnemu [cień wiszącego Sędziego Adama], który nie szokuje, ponieważ trwa mgnienie oka, po czym zostaje brutalnie przerwany zapalającymi się na widowni światłami. Większość aktorów gra poprawnie, ale bez serca. Spektakl jest za mało smutny, żeby oddać nastrój swojego literackiego pierwowzoru [!] i za mało dowcipny/wesoły, by móc zostać nazwany 'komedią pełną gębą'. Za mało mroczny, żeby pozwolić widzowi zanurzyć się w bagnie mętnego człowieczeństwa, za mało pogodny, żeby ów widź mógł bez szczypty wewnętrznego niepokoju śmiać się z Sędziego.



Za mało prawdziwy.




Bestia,  Teatr Nowy im. T. Łomnickiego w Poznaniu, Trzecia scena

premiera 17 czerwca 2011

Heinrich von Kleist

przekład:
Zbigniew Krawczykowski
inscenizacja: Janusz Wiśniewski
kostiumy: Agata Uchman
w roli tytułowej:
Mirosław Kropielnicki

w obsadzie:
Janusz Grenda
Paweł Binkowski
Ildefons Stachowiak
Grzegorz Gołaszewski
Wojciech Deneka
Paweł Hadyński
Tadeusz Drzewiecki
Andrzej Lajborek
Aleksander Machalica
Krzysztof Przybyłowicz
Edward Warzecha
Maciej Zabielski
Małgorzata Łodej
Anna Mierzwa
Wiktoria Kulaszewska (PWST Kraków)



Jonasz


Link 22.06.2011 :: 17:04 Komentuj (0)

 



Dla
wszystkich moich
 współ-



Jonaszów.



 



Jonasz



 



Parking. Przestrzeń zaczyna się pomiędzy
szlabanami. Jest jak tunel z deseniem martwych gałęzi na suficie. Jest o wiele
za późno, żeby jakiekolwiek auto miało jeszcze na nim stać. Puste, dwuwymiarowe
pudełeczka miejsc mienią się białością pośpiesznych farbianych mazów. Białe
linie dźwięczą przez mrok. Środkiem ciągnie się chodniczek z wieloodcieniowej
szarości, poznaczony sznytami po bieżnikach, które lubieżnie wtapiały swoje
gorące, okrężne ciała w nagrzany setką lipców asfalt. Na zewnątrz, ale już na
terenie. Na zewnątrz tego dziwnego wewnątrz. Przedsionek, oglądany czarną gałką
oczną, podwieszoną na rogu budynku. Ona widzi rozmazane hektolitry mgły i
jaskrawe, papuzie plamy koloru, kiedy jakieś auto przekracza granicę.



 



Nacisnąć klamkę. Złotawa przez wyślizgane
pieszczoty kilkuset dłoni, brunatna w zagłębieniach. Popatrzeć w oczy
miniaturowej głowie meduzy, wyrytej u nasady. Uchwyt gięty jak ciało kobiety,
jak nie-zakończone plecy w jedną stronę i tułów z Modiglianiego w drugą.
Schodki z nagrobnego lastriko. Ale droga jest jedna, trzeba dać się złapać w
niespokojny, rozedrgany chłód klatki schodowej, żeby dojść do właściwego
wejścia. Portier jak brodata ryba w podświetlonym akwarium. Zwraca ku
wchodzącym swoje nieprzytomne, przydymione oczy, a kiedy widzi, że nikt nic od
niego nie chce, powraca z ulgą do obserwacji. Z minuty na minutę, coraz głębiej
tonie w swoim katatonicznym świecie, w którym istnieje tylko on i maniakalnie
przez niego obserwowany ekran, który maniakalnie obserwuje pusty parking, gdzie
przestrzeń zaczyna się między szlabanami i jest jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie.



 



Dyrektor
Znaniecki prosi o przeniesienie rzeczy z pokoju 59 do pokoju 31.
Skrępowane wyrazy niepewnie kulają się między
wargami, zatrzymują się kilka centymetrów od twarzy, tłamszone przez głuchą
ciszę gmachu.



Korytarze są dwa. Jeden prowadzi prosto, aż do
mety ze świecących punktowo automatów, z puszącymi się batonami, pewnymi swojej
nietykalności i butelkami, poddańczo kłaniającymi kapsle w stronę wylotu. Drugi
prowadzi w lewo. Jeśli przechodzić nim powoli, można doznać łaski małych
świetlówek na specjalne okazje. Ich największym świętem jest wyuzdany w swojej
luksusowości, bordowy plusz. Oświetlają go czule, a on pręży swoją miękką
sierść pod ich wzrokiem. Co dzień krwista tkanina pokrywana jest mozaiką
zadrukowanych papierów, różnych formatów i wagi. Ktoś musi wtedy otworzyć witrynę
i bezlitośnie zakupunkturować plusz.



 



Iść prosto. Dotykając ścian bełkotliwych, jak późne
płótna późnego Moneta. Nawet w najważniejszym miejscu, tam gdzie unosi się
subtelny zapach drogich, drewnianych mebli z sekretariatu, mury są obiecująco
pokancerowane. Beżowo-żółtawe, z zaciekami jak plamy wątrobowe. Kuszące tymi
niewidzialnymi odciskami dłoni, które zostawił tu ktoś, kto szedł przez ten
katatoniczny świat, gdzie pusty parking między szlabanami, jak tunel z deseniem
martwych gałęzi na suficie, gdzie schody jak nagrobki, a w witrynach ciężki
plusz o kolorze lepkim i ciepłym.



Koniec korytarza to brudne okno. Jest tablicą
ogłoszeń dla nieświadomych kochanków. Pokryte odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski, jedne mieszają się z drugimi i może się kiedyś okazać, że ktoś ma z
kimś wspólną rękę, szczęśliwie stworzoną z wizerunku linii papilarnych kciuka i
palca serdecznego jednego człowieka i środkowego i kawałka przegubu drugiego.
Opierał się o szybę trzymając jednorazową kawę w fioletowym kubeczku, nerwowo
miętoszonym w samym centrum pracującej soboty.



 



Pokój 59, paniczny zaduch sprzętów
rozrzuconych, jak ofiary okrutnej bitwy. Fragmenty komputerów rozkładające się.
Na brudnej podłodze. Rozkładające swe wdzięki. Na widoku przychodzących. Dwa z
nich są czujne, jeszcze żywe, jednookie. Zanim zapali się światło, łapią w
obcisłą sieć spojrzeń generowanych przez zielonkawe diody źrenic.



 



Przejść z 59 do 31, nie budząc nic, co akurat
gdzieś tu, w okolicy może spać. W jelicie kolejnego korytarza znajdują się
neonowe polipy ze smutnym blaskiem ogromnego napisu cisza, a także regularne narośle czujek przeciwpożarowych. Dwa
nowotwory zegarowe. Jeden atakuje spojówki podróżujących karminem liczb i
zdesperowanym punktem zapalnym, pulsującym zaciekle, by pokazać, że już na
zawsze jest się spóźnionym. Drugi wielki i dworcowy. W bezpulsowej ciszy nocnej
co minutę generuje ciche pyknięcie. Pyk, zrezygnowany dźwięk pękającej skorupki
jajka. Pyk, jest się już o minutę bliżej.



Dystrybutor wody, której świeża materia
zamknięta w ramy walca zawsze drży. Zawsze drży. Więc jednak jest tu jakiś
cichy puls. Dyskretne istnienie. Mini-tsunami. Trzęsienie wody. Wpatrywać się
hipnotycznie. To ciekawsze niż parking, który jak tunel z deseniem martwych
gałęzi na suficie, prowadzi do prostokątnego słoja z brodatą rybą, która
twierdzi, że ta przestrzeń między szlabanami jest ciekawsza niż cokolwiek
innego w obu światach razem wziętych: zewnętrznym i wewnętrznym.



 



Twarze pokojów o numerach 25, 26, 27, 28, 29,
jak portrety umarłych królów, oświetlone tylko słabo połyskującymi dzwonami
lamp zwisających z sufitu. Gilotyna do papieru. Gilotyna tnie bezruch i gwałci
ciszę strawionego dnia. Kończy cios uderzeniem, biegnącym hałaśliwym sprintem
po ścianach i po twarzach kolejnych władców. Nagle materializuje się Olczakowa.



Chciałam
tylko zobaczyć kto to.. a… to tylko pani… długo pani pracuje.



Pani
też.



Uśmiech, jakby śmiały się do siebie dwa
reflektory. Jasno i pusto. Olczakowa znika nagle, bez dźwięku, bez poruszenia
powietrza. Wchłonięta w ten wewnętrzny kosmos martwoty.



Pracownicy do późna siedzą w swoich
klaustrofobicznych klitkach, obstawieni ekranami, które zdobywają za nich cały
świat. Skuleni za laptopami, zasłonięci skorupami drukarek. Istnieją tylko jako
kliknięcie przycisku wyślij-odbierz w
programie pocztowym. Wysyłają, odbierają, wysyłają, odbierają. Otoczeni
zapachami, które biorą się znikąd. W ciągu dnia owiewają ich delikatne
przeciągi, jak muśnięcia czyichś opuszków palców. Jest tu ktoś?  Milczenie
dudni, jak burzowe chmury upchnięte w najgłębszą rurę świata, prowadzącą do
jądra ziemi. Telefoniczne linie wewnętrzne jak cienkie niebieskawe żyły,
biegnące we wszystkich kierunkach tego zimnego, stuletniego organizmu.
Autonomiczna telefonia, żeby nikt nie wiedział o rozmowach, że w ogóle mają
miejsce, że łamią ze świstem ‘sz’, ‘cz’ i ‘ś’ święty spokój, spokój uświęcony
późną godziną.



Zatrzymać dłoń nad słuchawką. Nie dzwonić do
Michała, zakutego w stożek lśnienia lampki biurowej, gdzieś na najwyższej wieży.
Na pewno jest, ale nie dzwonić. Sztywne wnętrzności budynku spijają teraz projekcje
jego mięsistego intelektu. Pewnie mówi do siebie, bezustannie podsłuchiwany
przez dyskretne EKG przeciągów i testowany przez kolejkę górską zmiennych
temperatur. Patrząc od zewnątrz, da się sprawdzić, czy ma światło w swoim
naczynku. Ale nie da się obliczyć, które to okno, wśród szpaleru innych, migoczących
wiecznie rzęsistym zdziwieniem szyb. Gdyby został wchłonięty, strawiony powoli
w całości i już nigdy miał nie opuścić 404, nikt by się nawet o tym nie dowiedział.



 



31. Surowy stół skomponowany z symfonii
zadziorów i drzazg. Szereg sklejkowych szaf, uparcie broniących dostępu do
swoich trzewi. Jeśli podważyć je jakimkolwiek kluczem, prawie się otwierają,
ale to tylko moment słabości. Są niedostępne. Niezależnie gładkie, bezstronne,
jak zęby. Elementy ciała, które są ‘po prostu’. Nie wiją się w skurczach, nie
odsączają życiodajnych soków z masy przepływającej nieopodal. Są po prostu.



Uchylić drzwi do Sali Drabowicza. Całkiem
ciemno, ciemność rośnie w tej mikro-rzeczywistości, wypacza ją, przerasta,
deformuje. Ciemność, jak wielki implant, rozdziera powłokę realności. Jest monstrualna
i wybałuszona. Zapuszcza swoje smukłe ręce głęboko, najgłębiej jak umie. Jest
też chłodna i leniwa, wkłada podglądaczowi we włosy czarne róże i przymyka węglistymi
storami okna oczu. Jak syta kurtyzana, dumna, że mogła zaskoczyć i posiąść aż
do kości.



 



Wrócić korytarzem pod gablotami z bordo
pluszem, co pokłuty pinezkami płacze krwisto na blade policzki kartek A4. Iść
za światłem kładącym się na gumowym linoleum jak żółtawe zacieki niedojedzonego
jogurtu. Przejść nie budząc nic, co oddycha przez sen wprawiając w drżenie wodę
w dystrybutorze. Spojrzeć w prawo. Zwielokrotnione odbicie nosa i ust w szybie,
jak  tablica ogłoszeń dla nieświadomych
swojego istnienia kochanków. W szkle pokrytym odciskami palców i czół głów
czule szepczących do telefonów. Odciski nakładają się na odciski, odciski kryją
odciski. Odciski rozmazują odciski. Odciski wypełniają odciski.



 



Znieść wielką nieobecność. Znieść wszelką
nieobecność. Znieść nachalną obecność kogoś. Powoli kończą się ubogie zasoby
skwaśniałego tlenu. Jest gęsto od pośpiechu. Zbierać szybko swoją przenośną
izolację, swoją samotność marki HP. To nie śpi.



 



Akwarium, w którym portier ciuła strzępki
powietrza w krzaczastą brodę. Na progu stoi młody klarnecista, na ścianie jak
haczyki, albo już złote rybki we własnych, śniętych osobach, wiszą klucze do
wszystkich serc i wątrób, do pary niesymetrycznych płuc z barierkami mającymi
zniechęcić samobójców, do mózgu na szczycie, czuwającego łaskawie nad całą
fizjologią korytarzy, piwnic, zejść i wyjść, przejść i przesmyków, gardeł i pomieszczeń
łapczywie chłonących każdy przejaw życia. Za oknem to, co na monitorze. Pasaż
między szlabanami. Ułamek trasy jednokierunkowej z ornamentami martwych gałęzi
na nocnym suficie styczniowego nieba.



 



Wyjść. Ciężkie kroki klarnecisty Sławka,
żłobiące leje w schodach żałobnych. W stopniach nagrobnych.



W
którą stronę idziesz?



W
stronę miasta.



Zarzuca na głowę czarny kaptur i stapia się z
ciemnością, która jak zaspokojona kochanka, wbija mu w głowę róże i puszcza
perskie oko, wytuszowanymi teatralnie rzęsami zmarzniętej, stalowej trawy.



Będąc wyplutym na brzeg, oblepionym śliną
intymnych szeptów, przewierconym obserwacją milionów szpiegujących atomów,
wydalonym, bez szans na recycling, jest się obcym ciałem, jak kłaczek z
wełnianej czapki na nieprzeniknionym białku stukolorowego oka. Jak moneta połknięta
przez dziecko.



Ciałem obcym, które nie ma już dokąd iść.



 



 



 



 



 



Wszystkie
miejsca i osoby istnieją naprawdę, a opisujące ich informacje są prawdziwe. Inaczej
po co byłoby o nich pisać?



Recenzja najnowszego tomiku Szczepana Kopyta, opublikowana w Gazecie Festiwalowej na Poznaniu Poetów 2011


Link 22.06.2011 :: 10:22 Komentuj (0)

 



 



Buch.
Kopyt zhardział[1].



 



Sami
się o to prosiliśmy, więc mamy.



Po
całych latach, przepuszczonych przez palce jałowych dyskusji o literaturze i
kulturze.



Po
prze-długaśnych wiekach w czasie których, szkolnictwo wyższe [!], średnie i
niższe obchodziło się z materią literatury jak z ogromną porcją szpinaku,
serwowanego w głębokim talerzu rzeszom niechętnego narybku.



Po
epokach, przez które rzeczony niechętny narybek, aż do śnięcia żył w
przekonaniu, że tekst pisany to świetna opcja na dłuższy pobyt w toalecie i nic
więcej... przyszedł Kopyt.



 



A właściwie wyrósł jak wrzód, po X edycji Ogólnopolskiego
Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina (2004). Jeśli jednak ‘wrzód’ może
kiedykolwiek oznaczać zjawisko pozytywne, to jest właśnie ten moment. Zaczęło
się niewinnie. Dobrze przyjęty debiut ([yass],
Tygiel Kultury, Łódź, (2005)), trochę dyskusji o indywidualizmie twórczym, o
nieszablonowej formie tekstów, ale bez skandalu. Później było już tylko lepiej,
tomik [yass]/możesz czuć się bezpiecznie,
(Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2006)),
piejący z zachwytu Karol Maliszewski, szybko a płynnie rosnące zainteresowanie
młodym poetą, tomik sale sale sale, (Wielkopolska
Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań, (2009))z trzema
zdaniami Siwczyka na okładce, intensywne polemiki z których wynikło
nieoczekiwanie, że twórca jest pyskaty i ma raczej w dupie układanie się ze
stronami oceniającymi. W międzyczasie Szczepan Kopyt ujawnia się jako muzyk,
copywriter, redaktor portalu poetyckiego. Kilka dni temu z przekory stwierdza
jednak o sobie: Ani muzyk, ani poeta, ani
redaktor, ani copywriter, ani ziomek z dzielni, ani fan teorii, ani buddysta,
ani ateista, ani komunista, ani anarchista, ani absolwent, ani wolny najmita.

Kim więc jest w rzeczywistości? Po zapoznaniu się z wszelkimi możliwymi
źródłami, włączając w to samego zainteresowanego, odpowiedź (będąca
jednocześnie odświeżoną notką biograficzną) mogłaby wyglądać tak:



 



Szczepan
Kopyt
, (ur. 1983 we
Wrocławiu) – polski poeta i muzyk (m.in. basista zespołu Yazzbot Mazut). Twórca
bezczelnie pewny siebie, kwiecista tkanka wytworzona przez monstrualny organizm
współczesności, zwracająca się teraz przeciw żywicielowi. Pokazowy anarchista,
szpanerski palacz zieleni, zbuntowany wykształciuch. Filozof kultury masowej.
Na fali będąc nie lubi być na niej. Bezwątpliwie mesjasz intelektualnych
licealistów. Yo.



 



Taka regułka ze względu na dysfunkcje
gramatyczne i brak jakichkolwiek znamion oficjalności nie znajdzie się w
podręcznikach do polskiego, ale niech chociaż posłuży jako klucz do
rozgryzienia nowego tomu  Wrocławio-Poznaniaka.
Książeczki o jakże ultymatywnym tytule buch.



 



O c[i]ałokształcie[2] poezji
Kopyta można powiedzieć wiele rzeczy, które już zostały powiedziane. Opisać
problematykę jego tekstów, która w swojej istocie jest już tak widoczna i
nachalna, że nie wymaga dodatkowych komentarzy. O czym więc pisać nie trzeba?



O tym, że tematyka tekstów oscyluje, jak
zawsze w obrębie anty: masowym, popowym, prawnym, systemowym[3]. Oraz
w obrębie pro: anarchistycznym, muzycznym, offowym, luzackim. Nie trzeba też
wspominać o wyśmienitych szaradach językowych (racja żywieniowa opiera się na boczku), podchodach semantycznych
(cały tekst Niezrozumiłości),
nawiązaniowej zabawie w berka (tytuł Why
does my heart feel so bad
). O tym, że wiersze Kopyta są, jak zawsze nabite ‘linkami’,
które nie tylko ukazują ogromną erudycję artysty, ale też, funkcjonując jako
kontekstowy background do samej poezji, pozwalają na całościowy ogląd filozofii
życiowej Kopyta- na zrozumienie i przejęcie choć na chwilę jego percepcji
rzeczywistości. Nie trzeba już też powtarzać się w kwestii koncentracji znaczeń
i symboli. Oczywistym jest, że teksty poeto-muzyka są gęste, mięsiste, barwne
(zarówno w warstwie językowej, jak i merytorycznej) i ze wszech miar
atrakcyjne, co nie oznacza jednak, że są łatwe. Wiadomo też, że są rytmiczne,
że każdy z nich mógłby zostać zaśpiewany lub za-melo-recytowany, (choć sam
autor kategorycznie oświadcza, że nie
chce aby teksty zginęły pod naporem muzy)
. Nie pozwoliwszy się dalej prowadzić
temu jałowemu dyskursowi apofatycznemu, należy wreszcie uwydatnić to, o czym
napisać trzeba.



 



     A
napisać trzeba o dwóch sprawach. Jednej srodze subiektywnej i drugiej, cwanie
niejawnej. Subiektywne są zawsze oczekiwania w stosunku do tekstu, który ma
zostać przyswojony. W duszy odbiorcy pojawiają się cichutkie echa, błagalne
szepty ‘książko podaruj mi olśnienie’. ‘Buch’u, podaruj mi odrobinę
niewyświechtanej[4]
liryczności i kilka celnych metafor, które poruszą mnie do głębi i sprawią, że
czytanie cię, Buch’u, będzie miało
sens!’ Wybitny francuski narratolog nazwiskiem Greimas, w swojej książce
zatytułowanej O niedoskonałości (tłum.
A. Grzegorczyk, Wyd. Naukowe UAM,



Poznań 1993), opowiada o fenomenie guizzo- zjawiska polegającego na nagłym,
chwilowym i niepowtarzalnym olśnieniu czytanym dziełem. Według niego, w czasie guizzo czytelnik dotyka istoty tekstu,
przez moment czuje go i rozumie bez żadnych wątpliwości i szperania w przypisach.
Ten szczególny moment przyrównywany jest przez badacza do nagłego wyskoczenia z
wody małej, lśniącej rybki i natychmiastowego jej wpadnięcia na powrót pod
powierzchnię.



 



Takie nagłe poczucie niemal intymnego związku
z tekstem, o wiele bardziej prawdopodobne jest podczas lektury pierwszych
tomików Kopyta. Liryczność wydaje się być w nich bezwiedna, uczucia prawdziwe,
a miłość post-modernistyczna i wieczna. Im późniejsze wydawnictwo, tym wolniej
bije serce tekstu, żeby w najświeższym zbiorze niemal stanąć. Podkreślić
trzeba, że Kopyt nie pisze i nigdy nie pisał poezji przesadnie afektacyjnej. Jednak
mimo, że specyficzna uczuciowość podmiotu lirycznego nie bywała gwoździem
programu, to jednak zdawała się być cichą melodią w tle, dzięki której
czytelnik wiedział, że może czuć się
bezpiecznie
.



Buch! I nie można czuć się bezpiecznie, bo Kopyt zhardział.
Można za to sycić się do woli karkołomnymi, a mimo to perfekcyjnie
skonstruowanymi metaforami, których niemała ilość szczęśliwie zachowana została
od debiutu poety, aż po dzień dzisiejszy.



Pozostaje więc jeszcze element ukryty
(skitrany, jak powiedziałby artysta), którym okazuje się [pozorna?] niespójność
estetyczna tekstów w najnowszym tomie. Zjawisko to jest niemal niezauważalne po
pierwszym przeczytaniu, przy kolejnych jednak okazuje się stopniowo ujawniać. Chodzi
tu o bezustanne przenoszenie punktów ciężkości w wierszach. Raz najważniejsze
są w nich metafory, innym razem układ graficzny, zbliżający Kopyta do nurtu
neolingwizmu, jeszcze dalej są zabawy słowne, wiersz, który składa się z dwóch
swoich lustrzanych odbić, wiersze stylowo smutne, a potem stylowo buntownicze…
Sam poeta tłumaczy tę fascynującą różnorodność tak: być może jest to właśnie niekonsekwencja w myśl maksymy "ciągle
zdradzam - w tym szczególnie pozostaję sobie wierny". Myślę w różny sposób
i piszę różnorako - w tej metodzie nie ma szaleństwa, ani kalkulacji. W ogóle
piszę raczej intuicyjnie, być może dziesiątki nieudanych wierszy mogłyby jakoś
lepiej wskazać na metodę, w myśl jakiej powołuję te, dla mnie, udane wiersze do
obiegu. […] Wiersz jest miejscem eksperymentu na żywej mowie i jej znaczeniach,
do której ta, dla ludzi i przez ludzi, się odnosi: czy sprawia to wrażenie
merytoryczności, dowcipu, eksperymentu lingwistycznego, czy też może
sprowokować odbiorcę do wytworzenia sobie jeszcze innej szufladki, jest to
sprawa dla mnie nieistotna - byleby i mnie na dłużej zatrzymał.



Można pozwolić sobie zatem na następujący
wniosek, że po raz kolejny poczochrana poezja młodego literata obroniła się i okazała
się warta zauważenia i docenienia. Szczepan zhardział, więc jeśli artyści są
barometrem rzeczywistości w której się znajdują, strach się bać, bo system
podkopuje fundamenty całego świata [sic!], ale tomik jest niezły, więc co z
tego.



 



Do tomiku dołączona jest płyta. Też niezła.

 



    



 



    













[1] zhardziały «taki, który
zhardział». http://sjp.pwn.pl/slownik/2545973/     [sic!]







[2] Tekst jest materią,
materia tekstu jest żywa, żywa materia to ciało, ze wszystkimi jego zaułkami,
fascynującymi zaletami i pasjonującymi niedostatkami, poezja to ciało.







[3] Dlatego też został nazwany
wrzodem. Jest nieprzyjemny, bo mówi prawdę. Frunąc w pelerynie łopoczących
literek, podwiewany, unoszony wiatrem misji, nie boi się zamknąć oczu na
słoneczko dobrobytu.







[4] Jeśli chodzi o unikanie ‘świechtania’,
jestem spokojna, Kopyt nigdy nie ‘świechtał’, nie ‘świechta’ i nie będzie
najprawdopodobniej ‘świechtać’. Uf.




Szczepan Kopyt, Buch

Książka z serii Wielkopolska Biblioteka Poezji nr 023, Muzyka: Szczepan Kopyt, Piotr Kowalski, format 14 × 14 cm, 48 stron, oprawa miękka ze skrzydełkami, 1 płyta CD, rok wydania 2011







Załóż bloga

Archiwum

2015
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl